środa, 7 czerwca 2017

Zwiedzamy Bagan

Melduję, że ledwo żyjemy. Bagan jest piękne, tak jak opisują, ale okropnie męczące.

Choć obudziliśmy się już o 6:30 to zupełnie na luzaku na zwiedzanie pagód wybraliśmy się dopiero ok. 9. Motorek odbieraliśmy ok. 8 i wierzcie mi lub nie - braliśmy ostatni. Jeszcze rano pogoda była bardzo  przyjemna - niebo zachmurzone, rześko, na motorze owiewał nas chłodny wietrzyk. 

Zaczęliśmy od świątyni Ananda, do której mieliśmy najbliżej. Pagoda już z daleka robi ogromne wrażenie. Nasz zachwyt przerwała na krótką chwilę uśmiechnięta pani przy wejściu informując nas o konieczności zakupu biletów do całej strefy archeologicznej Baganu - bagatela 25 000 kyatów od osoby, czyli ok. 18$. Ała. No ale cóż robić w Bagan jeśli nie zwiedzać pagody. Szybko wyskoczyliśmy z kasy i pobiegliśmy oglądać Buddy. Budda w tej świątyni jest super ciekawy, bo od zorganizowanej grupy oprowadzanej przez przewodnika podsłyszeliśmy, że posąg z bliska ma poważny, wręcz surowy wyraz twarzy, a z daleka się uśmiecha. Oczywiście szybko wypróbowaliśmy ten patent na podchodzenie do posągu i oddalanie się od niego i efekt jest naprawdę piorunujący. To nie tylko delikatna zmiana wyrazu twarzy - podchodząc do Buddy widać jak zmienia mu się cała mimika twarzy - z szerokiego uśmiechu po surowe pogardliwe spojrzenie - bomba!

Poważny Buddha

Wciąż ten sam, ale śmiejący się Buddha
Zachęceni tak dobrym początkiem pojechaliśmy do Golden Bagan Palace, zaraz za świątynią. Jest to zrekonstruowany pałac już z daleka zachęcający złotym dachem. Coś mnie jednak tknęło i kiedy H. parkował motor podpytałam panie w wejściu czy możemy wejść do środka z naszymi combo tickets, a pani na to, że nie, że mamy wyskakiwać z kolejnych 5000 kyatów/os. No jaja sobie chyba robią! Wkurzyliśmy się i zawinęliśmy z powrotem na motor. Ci Birmańczycy mają jakieś chore wyobrażenie o białasach i widzą nas chyba jak chodzące worki dolarów. Potem okazało się, że to była dobra decyzja, bo pałac z zewnątrz owszem wygląda bardzo ładnie, ale w środku jest pusty. 

Już po przejechaniu kilkuset metrów byliśmy na ruinach starego pałacu Bagan. Odkryliśmy tam ogromną pagodę, która nie jest nawet zaznaczona na mapie Google. Jak tylko zsiedliśmy z motoru obstąpiło nas stado wytanakowanych pań oferujących produkty ze swoich sklepików. Skusiliśmy się na kokosa. Meeega dużego, ale niestety ciepły. Nie był to najlepszy kokos w moim życiu ;-) Poza tym nie mogłam się przełamać by go po prostu gdzieś zostawić w pagodzie jak to robią lokalesi (okropne z nich brudasy, śmieci wywalają wszędzie, dramat), a że w Birmie koszy na śmieci jak na lekarstwo to dźwigałam ciężkiego orzecha przez większość zwiedzania pagody. Właziłam z nim nawet stromymi schodami na taras pagody. W końcu znalazłam jakieś plastikowe wiadro, w które wsadziłam słomki, a kokosa za radą Birmanki wyrzuciłam z niższego tarasu. W końcu owoc więc szybko się rozłoży, ale poleciał z takim impetem, że olaboga! Dobrze, że nikogo nie zabiłam! Aż złapałam się za głowę rozśmieszając tym wszystkich lokalesów ze stoisk z mydłem i powidłem.



Tą pagodę w ruinach pałacu polecam wszystkim. Jest z niej piękny widok, a zwiedzających niewiele.

Dalej zrobiliśmy kółeczko przejeżdżając obok Muzeum Archeologicznego. Tam też zapytałam o wejście pokazując nasze biety. I co? I kazali płacić 5000 kyatów/os. Brrrr....

Kolejna na liście była pagoda Shwesandaw - bodajże najsłynniejsza w całym Bagan. Kiedy do niej dojechaliśmy panował już totalny upał. Pagoda czy raczej stupa jak się potem okazało dość mocno nas rozczarowała, bo nie było w niej żadnego wejścia do środka, tylko stupa w kształcie okrągłej piramidy ze stromymi schodami i tarasami ciągnącymi się dookoła budowli. A że po pagodach i stupach chodzi się na boso (na boso, nie w skarpetkach), bo inaczej natychmiast przeganiają, to ani nam się śniło włazić na rozżarzony beton. W zamian wdaliśmy się w rozmowę z uśmiechającym się do nas serdecznie starszym panem, który całkiem niezłą jak na lokalesów angielszczyzną przedstawił nam się jako lokalny architekt nadzorujący prace konserwacyjne pagód w Bagan. Rozmowa była ciekawa, bo pan pracował wcześniej w Tajlandii, Japonii i Angkor Wat w Kambodży, które widzieliśmy podczas naszej poprzedniej wyprawy.

Za nami rozżarzona Shwesandaw

Stamtąd skierowaliśmy się do Myauk Guni, która na mapie wyglądała jakby była o rzut beretem, a w realu nie mogliśmy jej znaleźć. Zapuściliśmy się nawet w jakąś polną dróżkę, ale 600m przed pagodą (której wciąż nie widzieliśmy, ale tak sugerowało Google) zawróciliśmy, bo droga zmieniła się w grząski piasek. Drogi to w ogóle osobny temat. Między pagodami jeździ się polnymi drogami. Czasem z pewniejszym żwirkiem, czasem jednak z niebezpiecznym piachem. Pagody i całe starożytne Bagan nie jest jakąś osobną strefą od dzisiejszego nowoczesnego Bagan, w którym żyją lokalesi tak jak np. jest to zorganizowane w kambodżańskim Angkor Wat. Tutaj jedno nakłada się na drugie. Pomiędzy hotelami, domami lokalesów, między spożywczakiem a wypożyczalnią rowerow, tuż przy drodze czy za publiczną toaletą nagle zupełnie wyrastają pojedyńcze pagody. Mniejsze w skupiskach, średniaczki pojedyńcze i wielkie olbrzymy. Pomiędzy nimi pasą się krowy, ludzie jeżdżą motorami i samochodami, uprawiają pole.



Tak więc nie mogąc znaleźć Myauk Guni pojechaliśmy okrężną drogą do Dhammayan Gyi. Pagoda jak każda inna. Piękna jak wszystkie inne i dokładnie taka sama :-) No, tutaj może posagi Buddy trochę się różniły od pozostałych, bo nie były pomalowane złotą farbą. W pagodach jednak, trzeba powiedzieć sobie jasno, panuje okropny syf. Mieszkają w niej całe stada gołębi więc w środku śmierdzi gołębią kupą i myszami. Zresztą chodząc dookoła pagody trzeba patrzeć pod nogi bo łatwo w nie również wdepnąć. A przypominam, chodzi się na boso. W tej pagodzie dodatkowo wkurzyło nas, że stary korytarz był wyjątkowo niezamieciony, leżało na nim pełno malutkich kamieni, jakiegoś piachu i żwirku. A jak się wejdzie w korytarz pagody to nie ma zmiłuj się, trzeba iść dalej do wyjścia. Lokalesi i tak najczęściej chodzą na boso więc taki żwirek ich zupełnie nie rusza, ale dla naszych stóp to była istna tortura.




Dalej trafiliśmy do pagody Sulamani. Muszę koniecznie sprawdzić dlaczego nazywa się Sulamani i czy ma coś wspólnego z Turcją ;-) Pagoda piękna i potężna, ale w środku naprawdę nieróżniąca się od pozostałych. Tutaj już mieliśmy trochę dosyć więc postanowiliśmy się ocucić zimną colą. I trafiliśmy na kolejny smaczek Birmy. Mała cola 350ml w puszce (wyprodukowana w Myanmar) za 1000 kyatów, a duża cola 600ml w butelce też wyprodukowane w Myanmar 500kyatów. Jaka w tym logika???? Pytaliśmy sprzedawców i to w kilku sklepach, ale nikt nie zna odpowiedzi.

Dalej pojechaliśmy do pagody Pyathetgyi dość mocno oddalonej na południe od pozostałych, ale szybko z niej uciekaliśmy wystraszeni ciemnymi chmurami nadchodzącymi z jednej strony i grzmotami zapowiadającymi burzę. 

Postanowiliśmy wrócić do głównej drogi i zaliczyć jeszcze Bulethi i Htilominlo. Mapa Google jednak zupełnie nie oddaje prawdziwego położenia świątyń. Zamiast wspomnianych dwóch trafiliśmy do małej światyni, do której zachęciły nas złote zewnętrzne zdobienia. Pagoda była malutka, ale wydała nam się taka... prawdziwa, nieturystyczna. W środku modlił się mnich, na ścianach pełno malutkich wizerunków Buddy. Mnich skończył się modlić i szerokim uśmiechem zaprosił nas do środka. W wejściu na podłodze spało 2letnie dziecko wachlowane przez swoją mamę ;-) W pagodach jest chłodniej niż na zewnątrz, stąd w ich zaułkach pełno śpiących lokalesów.



Potem pojechaliśmy do Htilominlo, a następnie ze spokojnym sumieniem do hotelu odpocząć.  Potem obiadek i znowu hotel. Wtedy właśnie zauwazyliśmy jak się spaliliśmy na motorze. Mój nos i czoło, a także kark i ręce są koloru raków w buraczkach. Dramacik. Całe szczęście wzięłam ze sobą korektor, bo wstyd by było z taką czerwoną kluką się ludziom pokazać.

Około 18 wyjechaliśmy na zachód słońca łapać ostatnie ujęcia ;-) Mieliśmy dylemat czy zachód oglądać z bliskiej nam Bulethi (też bardzo polecanej jeśli chodzi o widoki w czasie zachodu słońca) czy z najbardziej popularnej Shwesandaw. Ostatecznie jednak po przeczytaniu, że w Bulethi wejście jest strome i BEZ barierki postanowiliśmy zaufać wiedzy lokalnych przewodników, którzy wszystkie wycieczki wożą na Shwesandaw i tam właśnie się udaliśmy. Tłum był, faktycznie. Ale ze spokojem znaleźliśmy sobie miejsce i pobawiliśmy w fotografów. Widoki pierwsza klasa - teraz już rozumiemy fenomen tej stupy. Spędziliśmy tam prawie 2h obserwując zachód i ludzi :-)

Tak się wchodzi i schodzi na stupę. Na najwyzszym tarasie były z nami birmańskie rodziny z kilkumiesięcznymi dziećmi. 



Tak, Bagan jest piękne. Świątynie w wersji pojedyńczej nie robią takiego wrażenia. Ale widok z tarasu pagody zapiera dech w piersiach. Jest cudnie. Warto było przyjechać.

A, no i w Shwesandaw mieliśmy kontrolę biletów. Całe szczęście, bo szlag już nas trafiał, że nikt o nie nie pytał i w zasadzie mogliśmy to wszystko (oprócz Ananda) zobaczyć z 50000 kyatów w kieszeni. A tu bileciki do kontroli! Także melduję, że kontrole są i to chyba w szczególności podczas wschodów i zachodów słońca.

I jeszcze jedno. Polecamy wszystkim motorki. To super rozwiązanie w odczuwalnej temperaturze w ciągu dnia oscylującej wokół 48 stopni. Rowerami jest tylko trochę taniej, a nie wyobrażam sobie pedałować cały dzień. Nasz hotel jest w centrum, a i tak do Shwesandaw mamy prawie 6km. Motorkiem jest szybko, wygodnie i komfortowo. Nieprawda, że co chwilę się psują. Przez cały czas nie widzieliśmy nikogo z problemem z motorem. Motor dał nam wolność, w czasie zwiedzania mogliśmy wrócić do hotelu się ochłodzić, potem jeszcze raz pojechać na zachód słońca. Jestem wdzięczna H., że mnie na niego namówił.

Jutro kierunek Kalaw. Bilety kupione, wyjazd 7:30. W Kalaw jest prawie 20 stopni mniej grunt to polar pod ręką.



  

wtorek, 6 czerwca 2017

Królestwo tysiąca pagód

Jesteśmy w Bagan - królestwie pagód. Wczoraj pół dnia spędziliśmy w podróży. 175km jechaliśmy ponad 4 godziny. Tak wyglądają drogi w Birmie. Jest jednak lepiej niż myśleliśmy. Wujek Google ostrzegał nas, że w Birmie jeździ się polnymi drogami, po dziurach, śmiechach i kamieniach. I że w drodze wszyscy rzygają i jeździ się przez cały czas z otwartymi oknami, bo albo ktoś łapie powietrze przed rzyganiem, albo rzyga, albo dochodzi do siebie po rzyganiu. Jest natomiast asfalt. Tylko wąziutki taki. Jak przed autobus wyjedzie traktor to kilometrami jedzie się w ślimaczym tempie.

Nasz pojazd
Wyjście z autobusu było nie lada wyzwaniem




Nasz VIP autobus okazał się pomarańczowym ogórkiem z lat... 70.? :D Właściwie nie było tak źle- fotele były wygodniejsze niż w minibusach, którymi jeździliśmy po Tajlandii. Ale klima działała tylko tak sobie, zresztą po jakiejś godzinie w ogóle o niej zapomnieliśmy, bo lokalesi zaczęli otwierać okna i wyciągać torebki foliowe. Z tymi lokalesami to też śmieszna sprawa, bo już w Mandalay cały autobus był pełny, a w przejściu leżało mnóstwo ogromnych plecaków białasów, w tym nasz. Tymczasem na przystanku za miastem autobus się zatrzymuje i wpuszcza do środka 2 kobiety z dzieckiem. My w konsternacji, a one po tych naszych plecakach przełażą na sam koniec autobusu i wyczarowują spod naszych siedzeń pojedyncze rozkładane fotele nad przejściem. Serce nam się kraja ja widok tego łażenia po naszym bagażu, bez pardonu, brudnym klapkiem. Od razu sobie przypominam, że w plecaku mam schowane okulary :-] (edit. wyszły z tego bez szwanku).

Lokalesi w ogóle nie są przyzwyczajeni do jazdy samochodem. Aut w Birmie jest bardzo mało. Ludzie poruszają się głównie na motorach lub pieszo. Droga faktycznie była nienajlepsza i trochę podskakiwaliśmy, ale bez przesady! Udało nam się przeżyć tą drogę bez najmniejszego problemu, a nawet zdrzemnąć dwukrotnie, tymczasem lokalesi już po kilkunastu minutach zaczęli wykonywać podejrzane ruchy - wyciągać torebki, odwracać się, wachlować. Pani siedząca obok H. rzygnęła dwukrotnie. Pan przede mną też. Itp. Itp. 

Bagan jest chyba najbardziej turystycznym miejscem w całym Myanmar. Widać gołym okiem, że wszystko zorganizowane jest pod turystów. Hotel obok hotelu, NORMALNE restauracje z menu po angielsku, co chwilę punkty wynajmu rowerów i motocykli. Bo Bagan tak właśnie się zwiedza. Dookoła jest całe mnóstwo pagód, ale oddalonych od siebie po 1-2km. 

W Bagan zaliczamy hotel prawdopodobnie najlepszy w całym naszym wyjeździe. I tak jest tu drogo więc stwierdziliśmy, że dopłacimy jeszcze ciut więcej i będziemy te 2 noce żyć w luksusie z basenem :-D Tak właśnie jest. Hotel Royal Bagan to obsługa pod muszką, duże przestronne pokoje, kolonialny styl i bankomat w korytarzu.





Niestety wraz z rozwojem infrastruktury turystycznej w parze idzie rozkapryszenie lokalesów i spadek jakości usług. W Mandalay wszyscy dosłownie skakali obok nas. Pani z recepcji była dla nas jak mama (na marginesie z czystym sercem polecamy hotel Green Days Inn i menadżer hotelu Angelę - naprawdę zna angielski i zaiście anielska z niej kobieta. Poprowadzi za rączkę, doradzi, załatwi, wynegocjuje lepszą cenę). Kelnerzy przechodząc obok nas schylali się w pół. Tutaj jest inaczej. Wszędzie ceny w dolarach. W recepcji same Lucasy i Scotty (przynajmniej takie imiona mają podane na identyfikatorach). Chcieliśmy zapłacić za hotel w dolarach, ale nie chcieli przyjąc banknotu, bo był zgięty. 

To dolcowe szaleństwo jest tutaj po prostu okropne. Słyszeliśmy o tym przed wyjazdem, ale w Mandalay wydawało nam się, że tu jakaś bajda, tym bardziej, że ich rodzime birmańskie kyaty to po prostu istny dramat - brudne, pomięte, podarte, popisane, aż się brzydzi do ręki wziąć. Fakt, że w recepcji wyciągneliśmy najpierw 100-dolarówkę w najgorszym stanie (tzn. banknot był zgięty w poł i ta linia w zgięciu była trochę wyblaknięta), ale Lucas czy tam Scott oddał nam go z kpiącym uśmieszkiem mówiąc, że w ICH kraju takich pieniędzy nie akceptują. Że pieniądze przechowują w ten sposób (tu zademonstrował wkładanie idealnie gładziutkiego banknotu pomiędzy strony w książce) i na widok tego, że przymierzaliśmy się do zgięcia wydanej przez niego reszty by zmieściła nam się do portfela powiedział, że nie powinniśmy zginać żadnych banknotów. Wkurzył nas. Ostetancyjnie na jego oczach H. zgiął otrzymane od niego 50$ i schował do portfela. Tym samym nasza rozterka czy płacić w dolcach czy kyatach rozwiązała się sama. 

I to, że nie będziemy już korzystać z innych usług hotelu też. Dajmy pozarabiać lokalesom, tym bardziej, że ceny w tym naszym hotelu to jakieś kosmiczne są. Pranie chciałam zrobić. Tu w Birmie ceny podają od sztuki odzieży a nie kg jak w Tajlandii. Oczywiście o tym nie wiedziałam. W Tajlandii zbierałam wszystko czekając aż uzbiera się więcej, poza tym nie było jak i kiedy bo żeby zostawić pranie trzeba w tym samym miejscu przebywać przynajmniej od rana do wieczora. A my wciąż w drodze. Tym sposobem dojechaliśmy do Myanmar, a tu każą mi płacić po prawie dolcu od tshirta. No porąbało ich dokładnie! Po szybkim ogarnięciu się wyszliśmy w poszukiwaniu jedzenia i pralni. Wystarczyło przejść 300m by znaleźć pralnię biorąco po jakieś 90gr od sztuki. Też dużo, ale chyba taniej nie będzie. Zrobiłam szybką selekcję i oddałam dokładnie tyle ile będzie nam starczyło do powrotu do Tajlandii. Podpytaliśmy też o wynajem rowerów. Rowery w tej samej cenie co w hotelu, motocykle tańsze. Nastawiliśy się na zwiedzanie pagód rowerami, ale z każdym kolejnym krokiem zrobionym w stronę restauracji coraz bardziej utwardzaliśmy się w przekonaniu, że to będzie ból i zgrzytanie zębów w tym upale. Nawet dojście do tej ulicy barowej okazało się wyzwaniem. Po krótkiej burzy mózgów i ocenie zdolności kierowniczych H. (H. ma prawo jazdy na motor, ale zrobione w Turcji i tak w jednym skrócie - pierwszą lekcję jazdy pobrał na egzaminie), zdecydowaliśmy się na wypożyczenie motocykla. I to był strzal w 10, bo jazda nim jest zaskakująco prosta (tutaj ruch jest wreszcie prawostronny, a w samym Bagan ruch jest minimalny), szybko się przemieszczamy, a w czasie jazdy ochładza nam przyjemny wietrzyk. No i myśl, że dajemy zarobić lokalnym jest jakoś bardziej krzepiąca.

Birmańczycy bardzo chętnie pozują do zdjęć albo nawet sami o nie proszą

Po pagodach chodzi się na boso. Spoko, tylko czasem przypomina to skakanie po rozżarzonych węglach






Na motorku :-)

W lokalnym makijażu ;-) Tanakę używają głównie kobiety i dzieci. Ma to chronić przed słońcem, ale w tym całym smarowaniu chodzi chyba o coś więcej. Niektóre kobiety mają pomalowaną cała twarz, inne tylko policzki lub policzki i nos, inne jeszcze wyrysowane na tanace różne wzory. W naszym hotelu jest specjalne stanowisko z tanaką. Każdy może sobie podejść, urobić trochę i posmarować. Jest to tu tak popularne, że trudno o kobietę czy dziecko bez tanaki na twarzy.
Zjedliśmy kolację, zwiedziliśmy pierwszą pagodę - Shwezigon i rozejrzeliśmy się po okolicy. Umówiliśmy się z tym samym chłopkiem na wynajęcie motorka na kolejny dzień.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Państwo o zapachu eukaliptusa

Tak właśnie pachnie Birma. Eukaliptusem. To pierwsze co poczułam po wyjściu z samolotu. Tak pachną ludzie - pewnie smarują się olejkiem.

Z lekkim poślizgiem zdążyliśmy na lotnisko choć korki w Bkk były okropne. Na lotnisku przy odprawie lotu do Birmy bałagan przeokropny. Krzyki, przepychanki, śmiechy. Nie wiadomo czy się śmieją czy się kłócą. W samolocie dania, które dobrze znaliśmy z Bkk podano w wersji dla lokalesów, czyli zionęliśmy żywym ogniem. 



Birma z samolotu robi ciekawe wrażenie - jak okiem sięgnąć równina. Zielona. I niemal zero dróg :-) Lotnisko malutkie, ale kontrole poszły sprawnie, z wizą też nie było problemu. Ludzie od razu zrobili na nas dobre wrażenie - są mili, uśmiechają się. Niestety od razu przyszło nam się zmierzyć z tym jak kiepsko na turystów przygotowany jest ten kraj. Shuttle bus z lotniska nie istnieje (już podobno). Innych autobusów również brak. Więc żeby dostać się do Mandalay (najbliższe miasto) trzeba przejechać taksówką 30km. 15 000 kyatów. My postawiliśmy na taksówkę zbiorową za 4 000 kyatów od osoby, tylko że musieliśmy poczekać aż dojdzie kolejnych 5 osób. Trwało to z 20 minut, które spożytkowaliśmy na baczną obserwację lokalesów. Panowie noszą sarongi - szerokie chusty wiązane w pasie w spódnicę. Noszą ją niemal wszyscy, młodzi, starzy, bez zębów i z żelem na włosach. Panie preferują kolorowe komplety bluzka plus długa ciasna spódnica. Sarongi widać, że jest przewiewne i pewnie przyjemnie się nosi, ale taki komplecik z świecącego sztucznego materiału musi być po prostu okropny!

Z okiem taksówki mieliśmy okazję zobaczyć sporą część miasta. Wrażenia?
- Jest mega biednie. Bieda po prostu piszczy z każdej strony. Ludzie żyją w szałasach z blachy falistej lub w lepszym przypadku w tekowych domkach na palach. 
- Jest strasznie brudno. Śmieci walają się dosłownie wszędzie. Do tego dochodzi ten ich zwyczajowy chaos w zabudowie i ogólnym funkcjonowaniu - tu miska, tam wiadro, tu opona, tam połamane krzesło. Czyli taki azjatycki bajzel w czystym wydaniu.
- Brak większych sklepów i supermarketów. Same malutkie sklepiki, stragany nie wiadomo z czym, niestety też brak w miarę przyzwoicie wyglądających garkuchni, których w Tajlandii pełno. To, co gotowane jest przy drogach, to wszystko dania, których w Tajlandii omijaliśmy szerokim łukiem - mięcho nieznanego pochodzenia na grillu, ryby leżące na słońcu w 40stopniowym upale. Będzie problem z jedzeniem.
- Brak bankomatów, a przynajmniej bardzo malo tylko przy paru bankach (Mandalay jest drugim największym miastem w Birmie).
- Panie i dzieci smarują sobie twarze tanaką - jasnożółtym barwnikiem mającym chronić je przed słoncem. Tu chyba chodzi też o to, że im się to zwyczajnie podoba, bo niektóre panie twarze mają wymalowane w różne wzory.

Nasza taxi wiozła nas do hotelu, który wg mapy Google leży w niemal samym centrum, a my wciąż czuliśmy się jak w slumsach na przedmieściu. I tak było do samego końca trasy. Nagle nasz piękny hotel wyrósł spomiędzy tekowych domków i stosów śmieci. 

Na przywitanie w hotelu dostaliśmy sok z tamardynowca a w pokoju czekała Biblia. Nie pytajcie, hotel jest naprawdę super :-)
Birmanskie śniadanie dla białasów. Oprócz michy ryżu z ostrym jak diabli sosem sojowym dostaliśmy dwa tosty z dzemem, jajo i banana. Wypas!

Mamy szczęście, bo kobieta w recepcji dobrze mówi po angielsku i bardzo się nami opiekuje. Prawie zamarła, gdy poprosiliśmy o tuktuka, który zawiezie nas 5km na most U-Bein, gdzie chcieliśmy jeszcze pozwiedzać kilka pagód. Otóż tuk tuków w Birmie ponoć nie ma. Autobusow jest niewiele i na niewielu trasach. A trasa 5km to jak jazda do innego miasta. Zmartwiona powiedziała, że będziemy musieli jechać taksówką, pewnie nawet dwoma. Zadzwoniła dla nas do zaufanego taksówkarza i za 6000 kyatów od osoby (1zl to jakies 360 kyatow) załatwiła nam taksi, które zawiezie nas na miejsce, poczeka ile chcemy i odwiezie do hotelu. Ok. Wszystko uzgodnione, wychodzimy z hotelu a tam... dwóch lokalesów na dwóch motorynkach. Pani nam wszystko powiedziała, tylko nie to, że załatwiła nam motor taxi :-D Nom, nie pozostało nam nic innego jak przeżegnać się na drogę i wioooo. Facet, z którym jechałam był w pasie taki jak ja w udzie ;-) trzymałam go więc za koszulę. Ogólnie fajna jazda, przyjmenie z wietrzykiem. Szkoda tylko, że kask spadał mi z głowy, a stan dróg w Birmie woła o pomstę do nieba. Do tego przejeżdzaliśmy przez wałki na drodze, tory i wyprzedzaliśmy samochody. A tuż przez motorem H. baba wylala michę wody (chcę wierzyć, że to woda) :D 

Most U-Bein wynagrodził nam tę przygodę. Choć szok kulturowy przeżyliśmy pierwsza klasa. Birma jest... jeszcze bardzo dziewicza. Być może kiedyś docenimy to, że byliśmy tu jeszcze zanim dotarły do tego kraju miliony turystów i wszystko zmieniły. Na razie jednak cudzoziemców prawie nie widać. Wszędzie jest lokalnie, menu w naprawdę paskudnie brudnych knajpkach tylko po birmańsku i to w tym ich śmiesznym alfabecie. Brak agencji turystycznych, już widzimy, że wszystko trzeba będzie załatwiać przez hotele. Na moście i wokół niego panował wielki zgiełk, ale typowo myanmarski. Turystami też byli Birmańczycy. Pierwszy raz z wszystkich tych egzotycznych państw, które odwiedziliśmy, widzieliśmy by lokalesi zajadali się smażonymi robalami, a nie tylko sprzedawali je turystom za wygórowane ceny jako atrakcje. Tutaj słodki dzieciaczek pochlaniał miskę ryżu ze smażonymi karaluchami. Chociaż byliśmy naprawdę głodni, bo oprócz kiepskiego jedzenia w samolocie nie jedliśmy nic, to wytrzymaliśmy do 20, do powrotu do hotelu, bo tam na miejscu nie bylibyśmy w stanie nic przełknąć.




Taki sobie stosik smażonych karaluchow
Na moście i w jego okolicy spędziliśmy 3h. Po przejściu całego mostu w pełnym słońcu mieliśmy już dość. U-Bein jest najdłuższym mostem tekowym na świecie - 1,2km. W międzyczasie zorientowałam się, że jestem jedyną kobietą w szortach i przyznam, że zaczęłam się czuć ciut niekomfortowo. Nie, żeby ktoś się brzydko patrzył, bo Birmańczycy to bardzo pogodni ludzie i od razu się uśmiechają. Ale wzbudzamy w nich tyle ciekawości co oni w nas, a do tego moje białe nogi. Szybko więc zaczęłam się oglądać za lokalnymi spodniami, bo w taką ciasną spódnicę się nie wbiję, no way! Spodnie udało się znaleźć, nawet pani sprzedawczyni rozwinęła kawał materiału, za którym mogłam szybko się przebrać. Spodnie szerokie, ale w pasie ledwo przeszły. Tutejsze kobitki są szczuplutkie, a ja przy nich to po prostu grubas!

W nowym wdzianku mogłam na luzaku wejść do pagody. Te też piękne. Nieturystyczne. Inne. Prawdziwsze. Na most wracaliśmy kilka razy. Uciekając przed słońcem na jednym z zadaszonych tarasów wdaliśmy się w rozmowę z buddyjskim mnichem z pobliskiego klasztoru. Mnisi nie mogą dotykać kobiet więc facet trzymał się ode mnie z daleka, ale bardzo go interesowało skąd jesteśmy, jak się podróżuje itp. 

Na moście zrobiło się naprawdę przyjemnie, gdy zaszło słońce. Wiał lekki wietrzyk i było pełno ludzi. Nie skłamię pisząc, że 80% z nich witało nas skinięciem głowy i uśmiechem, a dosłownie co chwilę ktoś podchodził z prośbą o selfie :-) Taaak... my też jesteśmy tu atrakcją.



Ale przyjemnie tu jest. Właśnie dzięki sympatycznym ludziom. 

Kanchanaburi i życie w podróży

Jesteśmy już w Myanmar więc nadrabiam szybko zaległości.

W Kanchanaburi pierwszego dnia po przyjeździe musieliśmy dość mocno zmienić plany, a wszystko przez spore opóźnienie z jakim przyjechaliśmy. Wypad do sanktuarium słoni musieliśmy na razie przełożyć. Po szybkim ogarnięciu się pojechaliśmy na most na rzece Kwai. Most tworzy niesamowitą atmosferę, a wokół niego powstał dość spory bazarek z jedzeniem oraz mydłem i powidłem - zatem wesoło, gwarno i kolorowo. Mieliśmy szczęście, bo w kilka minut po tym jak się tam zjawiliśmy nadjechała słynna kolej śmierci - Death Railway - czyli pociąg kursujący od czasow II wojny światowej pomiędzy Tajlandią a Birmą. Kolej budowali alianccy jeńcy wojenni, a tysiące żołnierzy opłaciło ją życiem. Właściwie to mocno przygnębiająca jest ta historia. Odczuliśmy to tym bardziej, że tuż przy naszym hostelu zaczynał się amerykański cmentarz, a ilość tablic nagrobnych nie miała końca. Do tego doczytaliśmy, że to zaledwie ułamek tych, którzy zginęli podczas budowy kolei. Jednak Kanchanaburi żyje swoim życiem i kolej oraz most to teraz wizytówka miasta. Przeszliśmy spacerkiem mostem na drugą stronę odkrywając pięknie zadbany spory kompleks świątynny. W drodze powrotnej zaliczyłam swojego pierwszego w tym roku kokosa. Mniam!





Cześć cmentarza aliantów 


Kanchanaburi w ciągu dnia nie zachwyca. Większość sklepów i barów jest pozamykane, zakurzone i ogólnie nieciekawe. Za to wieczorem wszystko odżywa. Znaleźliśmy super knajpkę z przemiłą obsługą i pysznym jedzeniem za cenę żarełka z ulicznych stoisk. H. wreszcie doczekał się talerza pełnego dużych krewetek. 

W niedzielę rano pognaliśmy natomiast na zwiedzanie wodospadów Erawan. Jazda 80km też była przygodą, bo jechaliśmy najzwyklejszym międzymiastowym autobusem z większością lokalesów. Po raz kolejny przekonaliśmy się jak się mają zwykłe ceny do tych, które proponuje się turystom (jazda tuktukiem 3km - 50 BHT dla białasów i jazda autobusem 80km za tą samą cenę dla miejscowych). 

Erawan jest piękne. Na terenie parku narodowego znajduje się 7 wodospadów z naturalnymi basenami na 7 różnych poziomach. Czyli jest to spacer przez dżunglę pod górę, na początku łagodnie, potem coraz bardziej stromo i co jakiś czas z zarośli wyłania się wodospad z szmaragdowym bajorkiem. Bajka! Podejście do 3 poziomu było bułką z masłem. Poziom 4 był ciut trudniejszy, a 5 po prostu nas wykończył. 5. był jednak najpiękniejszy i tam spędziliśmy najwięcej czasu mocząc tyłki. Z tym kąpaniem to też nie była prosta sprawa. Wiedzieliśmy, że w wodzie pływają słynne rybki skubiące martwy naskórek, które fundują naturalny peeling, za który w Bangkoku normalnie się płaci jak za masaż, a w Europie to już szkoda gadać. Jednak już przy pierwszym wodospadzie przekonaliśmy się, że te rybki to jakieś skubane piranie! Jak tylko wsadziło się do wody nogę podpływały i zabierały się do obiadu! I to całym stadem! Te małe to jeszcze luz (takie właśnie wykorzystuje się w Bangkoku do peelingu), ale tu podpływały także te większe nawet kilkunastocentymetrowe! I jak taka skubnęła to choćbyśmy bardzo chcieli wytrzymać - nie dało się! Także pływanie z prawdziwego zdarzenia urządziliśmy sobie tylko na pierwszym i drugim poziomie. Potem było bardziej moczenie w płytszych basenach. A że w 5. było ich dużo i w ogóle całe to miejsce zachwyciło nas kolorami, tam właśnie zostaliśmy najdłużej. Kolejne poziomy już sobie odpuściliśmy, bo upał i strome podejście wymęczyło nas porządnie. Zresztą samo zejście też nie było łatwe. Człowiek mokry po kąpieli, mokra noga ślizga się w mokrym bucie. Daliśmy radę w godzinę, akurat by coś szybko przekąsić i złapać autobus powrotny do Kanchanaburi o 14.





Nie byliśmy jeszcze bardzo głodni więc postawiliśmy na zdrowe przekąski - gotowana kukurydza, mango i kiść bananów. A że lubię twarde i zielone to takie właśnie wybrałam. Za 30BHT (3zł) dostałam całą kiść kilkanastu ładnych bananków. Z apetytem rozdłubałam pierwszego.Rozdłubałam  - bo skórka była meeega twarda. Ugryzłam a taaam... bleee, w ustach rozsypała mi się konsystencja mąki, kwasidło, a do tego skórka oblepiła mi usta czymś tak klejącym, że po SZOROWANIU przez kilka minut wciąż czułam lep na wargach. Banany podarowaliśmy kierowcy, a ten bardzo się ucieszył (?). Może zna lepszy patent na ich konsumpcję. Żeby było śmieszniej, zaraz po tym, żeby poprawić sobie smak w ustach zabrałam się za mango. To okazało się troszkę kwaśne, patrzę, a w torbie jest jakaś przyprawa wyglądająca jak różowy cukier. Ostrożnie posypałam sobie nią kawałek mango i.... o mało nie spłonęłam. Cukier z chili. H. mało się nie posikał ze śmiechu. Kazałam mu mnie powstrzymać gdyby tego dnia przyszło mi jeszcze do głowy próbować coś nowego...

Autobus do Bangkoku załatwiliśmy przez hostel. Czekając na transport w hostelowym barze nad rzeką mieliśmy okazję poobserwować ją dokładniej. Leżymy sobie na materacach, a tu nagle PLUMMM!!! Wypatrujemy co za potwór tak chlupnął, a tu dokładnie pod nami płynie wielki jaszczur wielkości małego krokodyla! Shit, i pomyśleć, że smacznie i beztrosko sobie spaliśmy w domku 30cm nad wodą :-)

Nasz domek. Ku naszemu zdziwieniu nie było w nim robali.

Taki sobie jaszczur....


Do Bangkoku dojechaliśmy bardzo późno. Musieliśmy jednak jeszcze się zmobilizować i zorganizować transport na następny dzień rano na lotnisko na lot do Birmy. Najpierw chcieliśmy spróbować lokalnego transportu, taniego jak barszcz, zachęceni tym, że udało nam się w ten sposób dojechać za śmieszne pieniądze z dworca do hotelu. Owszem, znaleźliśmy linię i przystanek, ale wystraszył nas szacowany czas przejazdu -2h i ilość 88 przystanków :-) Ostatecznie zdecydowaliśmy się na transport minibusem. Niestety było już przed północą, wiele biur zamkniętych, w tych, które pytaliśmy brak miejsc. Trafiliśmy na czynne biuro z wolnymi miejscami i jeszcze niższą ceną. Super, tylko wszystko poza tym uruchamiało w mojej głowie czerwone światło. Biurko zawalone brudnymi naczyniami. Dwóch brzuchatych gości w gaciach tak jakby nie do końca kumających. Właściwie nawet pewności nie mieliśmy czy nie są nawaleni. Facet jednak zapewniał, że oczywiście, że będzie o nas pamiętał, że wie gdzie jest nasz hotel, na bilecie napisał swój nr telefonu w razie "W" (to też zapaliło u mnie ostrzegawcze światło - żaden pośrednik w Tajlandii tak nie robi), poza tym powiedzmy szczerze - we wszystkich tutejszych biurach jest syf. Także bilety kupiliśmy zakładając, że to nasza ostatnia z tego środku transportu opcja i że 260BHT (26zł) to nie majątek.

Nom. To by było na tyle, bo transport oczywiście nie przyjechał. Nr telefonu okazał się nieprawidłowy, inny znaleziony w internecie nie odpowiadał i trzeba było szybko łapać taxi. 

Ale reszta w kolejnym poście :-]

sobota, 3 czerwca 2017

Znowu w drodze

Wyjazd do Tajlandii tak dobrze wspominaliśmy, że jedyne nad czym się zastanawialiśmy to kiedy tutaj wrócimy. I oto jesteśmy. Od wczoraj.

Tym razem lecieliśmy z Warszawy Turkish Airlines przez Stambuł. Wszystko poszło zgodnie z planem i bez problemu. Jedyną naszą bolączką okazał się samolot. Liczyliśmy na warunki podobne do Qatar Airways, którymi lecieliśmy poprzednio. Okazuje się jednak, że nie bez powodu mają opinię najlepszych linii lotniczych na świecie. Turkish... no cóż. Liczyliśmy, że jako najlepsza linia europejska bardziej się postarają. Chociaż nie, błąd. Oni się postarali. Futrowali nas jedzeniem co chwilę i w ilościach takich, że zaczynałam nie nadążać przeżuwać. Wszystko smaczne i bardzo urozmaicone. I w wyraźnych smakach, tak jak lubimy. Niestety wyłożyli się na tym co w tych dalekorejsowych lotach liczy się najbardziej, czyli na miejscu jaki pozostaje na nogi. Tu był dramacik, bo było go dokładnie tyle co w czarterach... Także ten... po 3h lotu do Stambułu byłam tylko ścierpnięta. Po kolejnych 9 lotu do Bangkoku zduszona, wymięta z opuchniętymi nogami i lekką klaustrofobią. Po obejrzeniu 2 najnowszych filmów ok. 1 w nocy poszliśmy spać. Porę by wreszcie zasnąć zasugerowała zresztą sama obsługa wyłączając totalnie światło w samolocie. Po to by po 3 (!!!!) godzinach bezczelnie je włączyć wszystkich budząc, bo pora na śniadanie. A obawialiśmy się, że je prześpimy tak jak w Qatar Airways :-) Czyli w sumie spaliśmy jakieś 2h, licząc do tego moje wykończenie psychiczne i wszechowładniający smutek spowodowany rozstaniem z dzieckiem ledwo żyliśmy :-]

Na lotnisku w Bangkoku wszystko poszło nad wyraz sprawnie. Kontrola, pieczątka, odbiór bagażu. Ostatnio mieliśmy problem ze znalezieniem transportu do KhaoSan i ostatecznie stanęło na taxi, na której dużo przepłaciliśmy. Informacje zebrane w necie o kursujących autobusach, shuttle busach i innych połączeniach zweryfikowaliśmy w dwóch punktach informacji na lotnisku. Kierowano nas do autobusu, ale w każdym punkcie podawano inne miejsce odjazdu. No i ten ich angielski.... Powiedziała "gate A" czy "eight"???? Raz kazano nam zjechać piętro w dół, innym razem piętro wyżej :))) ot, cała Tajlandia. Analizując stopień pewności udzielającego informacje skierowaliśmy się na I piętro, gate 7 i zaraz za pasem taksówek czekających by nabić ludzi w butelkę stał już sobie spokojnie schłodzony autobus S1, który za całe 60BHT zawiózł nas prosto na KhaoSan Rd. Pięknie!

Na KhaoSan powędrowaliśmy do znanego nam już A&A Guesthouse. Pokój trafił nam się trochę gorszy niż poprzednio, ale nie będziemy sobie przecież psuć tym humoru zaraz na początku pobytu. Po odświeżeniu zaliczyliśmy pierwsze tajskie jedzonko i padło na nasz klasyk - padthai z krewetami i smażony ryż z warzywami i krewetkami. Pyyyychotka!

Potem szybki powrót do hotelu, żeby się ochłodzić. Gorąc jaki tu panuje jest jakiś taki nie do ogarnięcia. Nie pamiętam czy ostatnio też było tak gorąco i duszno (byliśmy pod koniec września). Jest parno i człowiek w 5min spływa totalnie potem.

Potem masaż. Koniecznie w klimatyzowanym pomieszczeniu. Wybraliśmy nacieranie olejkami i to był strzał w dziesiątkę dla naszych strudzonych drogą ciał. Dziewczyny trafiły nam się młode, ale ucisk miały pewny i mocny, czyli tak jak powinno być.

Po kolejnym ostudzeniu się w pokoju zaliczyliśmy jeszcze małą wyprawę do Wat Arun. Z tą świątynią mamy związane specjalne wspomnienia. Poprzednio wybraliśmy się do niej pierwszego dnia po przyjeździe do Tajlandii, zachwyciła nas sama świątynia jak i widok z niej na miasto. Sama przeprawa brązową wzburzoną rzeką na drugą stronę miasta jest przygodą samą w sobie. Tym razem bez oglądania się na bilety śmiało wbiliśmy na łódź, która potem okazała się nie zwykłym promem tylko jakąś wycieczką ;-P ale nic nie szkodzi, podrzucili nas pod samą świątynię... która okazała się być pokryta ścianą rusztowań (konserwacja) i w dodatku zamknięta. W nagrodę obsiadło nas stado upierdliwych much i zbiegły się wszystkie koty z poobcinanymi ogonami.

Tym samym zrobiliśmy obrót i zaczęliśmy wypatrywać promu w drugą stronę. A tymczasem żaden nie nadpływał a z jednej strony miasta zaczęły nadchodzić granatowe chmury z błyskawicami :-D

Udało się jednak nie zmoknąć. Łódź nadpłynęła, wypełniona na maksa uczniami wracającymi ze szkół, a chmury przeszły bokiem.

Przed spaniem jeszcze raz jedzonko (green curry rice - boszsz,,, jaki to ma smak), po drineczku na ulicy (Pink Pussy - prawda, że urocza nazwa?) i ziuziu spać.  Padłam chyba w 2min.

Jeszcze z refleksji: Rambuttri piękna jest. Przeszliśmy też spacerkiem KhaoSan Rd i zupełnie nie rozumiemy jej fenomenu. Okropny spęd ludzi z całego świata. No może to akurat jest fajne i ciekawe, ale poruszanie się między nimi slalomem i przeganianie zagradzających ci co chwilę drogę krawców, sprzedawców skorpionów i laserów oraz gdekających żab jest okropnie męczące. Do tego szczury łażące rynsztokiem i duchota. Pod względem tych dwóch ostatnich Rambuttri Rd może nie jest lepsza, ale na tej ulicy panuje jakaś taka szczególna atmosfera, która wyjątkowo łapie mnie za serce. A wieczorem to już w ogóle bajka, gdy uruchamiają się wszystkie stoiska i ulica odżywa po upalnym dniu. Tu światełka, tam drewniane maski, cicho, spokojnie, ale też z bogatą ofertą. Na Rambuttri chce mi się wracać. Na KhaoSan nie. No i chyba najbardziej parszywe hotele w mieście są właśnie na KhaoSan - najbardziej popularnej ulicy Bangkoku, co za paradoks.

Tak sobie myślałam kładząc się spać. A rano pakując plecak i sprawdzajac czy czegoś nie zostawiliśmy pod poduszką nagle przyczaiłam dziwnego robaka. Niby mrówka, ale bardziej okrągła i .... z czerwoną dupą. Załatwiłam go końcówką szczotki do włosów i co? Tak jak myślałam - z odwłoka wylała się czerwona krew. Potem był jeszcze drugi, trzeci i czwarty więc z pokoju wyszliśmy w tempie ekspresowym. H. z maniakalnym swędzeniem całego ciała (ale to bardziej efekt psychiczny). Śladów po ugryzieniach nie mamy, ale krew to krew, skądś musiała się w tych robalach znaleźć. Oczywiście poskarżyliśmy się obsłudze, powiedzieli, że szkoda, że nie przyszliśmy wcześniej bo zmieniliby nam hotel. Cóż, może gdybyśmy nie byli tak wykończeni to coś tam byśmy zauważyli. A tak zasnęliśmy kamiennym snem.

Teraz jesteśmy w Kanchanaburi. Zamiast 2h jechaliśmy tu 4, a wszystko przez super organizację biura, które najpierw zrobiło nam objazd po Bkk zbierając ludzi, potem czekało 40min. na innego kierowcę, kazało nam przesiadać się z jednego busa do drugiego itp..

Śpimy w VN Gueshouse tuż nad rzeką Kwai. Jest skromnie, żeby nie powiedzieć obskurnie, ale taniusio. Zdziwiliśmy się tylko, że w pokoju brak pilota do klimatyzacji. H. poszedł prostować sprawę do recepcji, a tam mówią nam, że zarezerwowaliśmy pokój z wentylatorem. Upsss... faktycznie, to już drugi błąd organizacyjny jaki popełniliśmy przed wyjazdem. Na szczęście na razie wszystkie nam się udaje naprawić. Za 120BHT więcej dostaliśmy i pilot. Ufff....

Pierwsze żarełko

Niecałkiem udany wypad do Wat Arun

sobota, 1 lutego 2014

Bankomaty

Ku pamięci, trzeba zapisać, inaczej zniknie bezpowrotnie... Czy ja coś wspominałam na początku pisania bloga, że pieniądze będziemy wypłacać w fioletowych bankomatach AEON, które nie pobierają prowizji? Hmm... zjechaliśmy spory kawał Tajlandii, ale tych skurczybyków nigdzie nie ma!

Słów kilka o hotelach w Tajlandii

Zgodnie z obietnicą zaczynam serię kilku postów tematycznych, co prawda później niż planowałam, ale nasza akcja przeprowadzkowa w Turcji wlekła się niesamowicie. Na pierwszy kęs trafiają tajskie hotele, guesthousy, szeroko pojęta baza noclegowa :)