wtorek, 27 czerwca 2017

Pattaya - czyli gdzie nas wywiało

Jesteśmy już w Polsce, a to co innego pisać o podróży siedząc sobie na fotelu w domu... No nic, postaram się jeszcze wrócić pamięcią do ostatnich dni naszego wyjazdu.
Tyle złego o niej słyszeliśmy. Z braku laku postawiliśmy jednak na tą właśnie miejscowość. Żeby przekonać się na własnej skórze.
Ale chwila, wróćmy jeszcze do Bangkoku.

Po (wreszcie) wyspaniu się w miękkim łóżku w naszej willi na zadupiu Rambuttri dotarliśmy przed nasze biuro, które miało nas zawieźć do Patthayi. A tam zamknięte. Trudno, postanowiliśmy się jeszcze nie denerwować. Tuż obok kusił salon masażu - ładny, klimatyzowany. Półgodzinny masaż stóp to jest to! Tak mogę czekać :-) 

Po wyjściu okazało się, że w międzyczasie otworzyło się biuro. Uwolniliśmy się od ciężkiego plecaka i puściliśmy na ostatnie zakupy. Nie zdziwiło nas zupełnie, że transport nie przyjechał o umówionej porze. Kiedy wreszcie przyjechał, byliśmy już mocno wynudzeni. Ale jak zobaczyliśmy minibusa to adrenalina od razu nam podskoczyła. Auto było totalnie wypełnione ludźmi, a na siedzeniach za kierowcą leżała sterta plecaków i innych bagaży. Kazano nam usiąść z przodu. Ja na fotelu pasażera, a H. na rozkładanym siedzonku pośrodku. Tragedia. Nie dość, że słońce waliło centralnie na nas, to jeszcze H. podskakiwał na każdym zakręcie. Tak więc gdy zatrzymaliśmy się pod kolejnym hotelem, szlag mnie trafił. Z pewnym rozbawieniem jednak obserwowałam, gdzie posadzą kolejną osobę. Ale miejsce się znalazło, a jakże. Nas wywalili z przodu, torby z dwóch siedzeń ubito na jedno i pół drugiego. Mnie wcisnęli pod bagaże, H. obok. Chłopek z obsługi na ławeczkę, nowy pasażer z przodu. Gra? Gra. A więc jazda. Po 3h jazdy na półsiedzeniu miałam zdeformowany obojczyk, ale to nic. Padłam jak zabita za drugim zakrętem, jakiś plecak idealnie posłużył mi za poduszkę :-) Obudziłam się przed Patthayą. 

Już na wjeździe skumałam, że to takie... tajskie Mielno, turecka Alanya, egipski Sharm el-Sheikh :-) Miasto typowo dla turystów i to tych leniwych, spędzających urlop w kilkugwiazdkowych hotelach, którzy wieczorem krążą po Bar Street. Gdy tylko minibus zbliżył się do wybrzeża zaczęły się zresztą te sławne bary. Godzina wczesna, bo dopiero południe, więc roznegliżowane Tajki i Tajo-Tajki, które wieczorami wyłapują klientów i bawią ich przy barze swoim towarzystwem naciągając na co droższe drinki, znudzone koczowały przy barze, niektóre przysypiając. Wrażenie jednak zrobiły na mnie piorunujące. No wiecie, upał, ponad 40stopni, wczesne południe, a tu chmara wypindrzonych lasek w lateksach i burdelowych butach na 30cm obcasach. 

Hotel znaleźliśmy poza centrum Patthayi odstraszeni opiniami, że w nocy nie da się tam spać, że plaża syfna itp. Do Jomtien - naszego kierunku dzieliły nas jakieś 2km, trzeba więc było ogarnąć jakiś transport. Tuktuków brak (czyżby kolejne miasto bez tego genialnego wynalazku?), jedyna opcja to te taxi a'la pickup z przyczepą. Niestety trafialiśmy na same puste. Jeden proponuje 200BHT. Normalnie jaja. Schodzimy do 100 choć i tak wiemy, że porządnie przepłacamy. Facet nie zgadza się i odjeżdża. Bodajże trzeci zabiera nas za stówkę. 

Hotel - 5th Jomtien - bardzo przyjemny. Zdecydowaliśmy, że na koniec naszej wyprawy spędzimy kilka dni w wypasionym hotelu i tak właśnie jest. Czyściutko, duży pokój, ładne meble, basen, blisko do plaży, bajka. Spędzamy leniwy dzień.


Wieczorem jedziemy do Patthayi pooglądać życie nocne. Łapiemy tą samą taksówkę za 10BHT od osoby.... No i tak właśnie jest w Tajlandii :-))


Mistrz równowagi

Po trudach trekkingu i ciągłego przemieszczania się pobyt w takim hotelu był dla nas jak spa :-)

Plaża w Jomtien nie jest taka zła!

czwartek, 22 czerwca 2017

Opowieść z dreszczykiem i pożegnanie z Bangkokiem


No więc dotarliśmy sobie na to lotnisko w Mandalay. Okazało się, że nasz hotel załatwia private taxi (samochód) za 12000kyatów, czyli cena 15000, którą tu wszyscy nam powtarzali też nie jest standardowa :-] Na lotnisku wiadomo, tam plecak, tu kontrola, bla bla bla. Na luzaku idziemy w stronę kontroli paszportowej. Jeszcze przed bramkami funkcjonariusze chcą zobaczyć nasze bilety, zagadują. Dopytujemy się jak jest bye bye po birmańsku (tao tao) i wtedy pada standardowe pytanie skąd jesteśmy. Z uśmiechem na twarzy odpowiadam, że z Polski, a mąż z Turcji. Wtedy pan siedzący z tyłu pod ścianą na krzeselku zrywa się z okrzykiem "z Turcji?!". Szybko zabierają H. paszport i próbują porównać jego numer z jakąś listą. Szczegół, że zamiast nr paszportu porównują nr karty pobytu H., która jest wklejona do paszportu :D H. udaje się zajrzeć na listę, okazuje się, że to lista tureckich paszportów. Szybko łączymy fakty - tydzień wcześniej w Myanmar zostaje zlokalizowany imam współpracujący z ruchem Fetullaha Gulena, który to jest teraz na całym świecie ścigany przez turecki rząd. Facet został deportowany do Turcji. Domyślamy się, że pozostali z listy to również ludzie z nim powiązani. Pan oddaje nam paszport więc podchodzimy wreszcie do właściwej kontroli paszportowej. A tam powtórka z rozrywki. Na widok tureckiego paszportu ludzie padają w popłoch. Pojawiają się zwierzchnicy i zwierzchnicy zwierzchników, paszport znika, widzimy jak go kserują, wydzwaniają, oglądają przez lupę i pod mikroskopem. Czekamy raczej na luzaku, bo przecież nie mamy nic do ukrycia, ale sytuacja się przedłuża na dobre pół godziny. Dopytujemy się o co kaman, uśmiechnięty chłopek w okienku mówi, że "no problem but wait". W końcu paszport do nas wraca i możemy lecieć do Tajlandii.
W Birmie o Turcji nie wiedzą nic. Nie słyszeli nigdy o Stambule, pewnie nie wiedzą też co to kebap :-) Polska? - Walesa i Lewandowski :-D
Do Bangkoku wracamy wykończeni. Lądujemy o 20:30, na KhaoSan docieramy przed 22. Jest ciemno, a nasz hotel jest gdzieś w bocznej uliczce zaraz za Rambuttri. Dojście to jednak przedzieranie się przez jakieś sklepowe zaplecza, puste ciemne uliczki, pozamykane stoiska z posążkami Buddy smętnie spoglądającymi na człowieka w ciemności. Mam nasrane w gaciach, ale H. z mapą w ręce brnie coraz dalej. Jęczę za nim, że na pewno zgubiliśmy drogę i że to niemożliwe by jakikolwiek hotel był na takim zadupiu. Kiedy H. się poddaje i zrezygnowany pyta jakiegoś lokalesa o nasz hotel ten pokazuje drzwi za naszymi plecami. Ehhh to zmęczenie...
Wchodzimy do przytulnego saloniku zabytkowej willi w stylu kolonialnym, wita nas właściciel hotelu nienaganną angielszczyzną. Ufff dotarliśmy do cywilizacji. Ku naszemu największemu zdziwieniu nie chcą żadnego depozytu (to standart w Tajlandii - często depozyt jest wyższy niż koszt jednej doby w hotelu) i pokazują lodówkę w recepcji, w której są napoje za free, a także stolik z ciasteczkami. Nasz pokój jest na poddaszu. Padam zmęczona na super mięciutkie łóżko. 
Niestety to nie czas na odpoczynek. Szybko się ogarniamy i zdecydowanym marszem idziemy w stronę biura podróży, które nas oszukało i nie przyjechało po nas z transferem na lotnisku kiedy wyjeżdżaliśmy do Birmy. Patrzymy - wciąż ten sam syf, brudne naczynia przed drzwiami, w środku ten sam tłusty koleś bez koszulki. Mówimy o co chodzi, koleś trochę rżnie głupa, ale drugi który siedzi obok przejmuje się sprawą, wypytuje drąży i w końcu oddaje nam kasę.
No, to przynajmniej nie jesteśmy do tyłu.
Potem bilety do Pattayi. Niestety jest już przed północą i większość biur podróży, od których przecież aż roi się w tej okolicy świecą ciemnością. Przechodzimy naprawdę spory kawałek obok pachnących restauracji (a w brzuchach nam burczy) aż w końcu znajdujemy otwarte biuro. Bilety do Pattayi są, ale oczywiście ciut droższe niż powinny być. Eh, ci Tajowie, natychmiast wyczują desperację w białasach. H. proponuje, żebyśmy zostali do wyjazdu te 3 dni w Bangkoku w jakimś fajnym hotelu. Lubię Bangkok, mam tu swoje miejsca, do których będę zawsze wracać z sentymentem, ale nie chcę siedzieć w tych spalinach, smrodzie i gorącu przez ostatnie dni wakacji. Pattaya to nie nasz kierunek marzeń - chcielibyśmy dalej, na wyspy, najlepiej Krabi, ale to za daleko, szkoda mi tracić kolejnych dni na podróż. Dlatego Pattaya. Bo nad morzem chcemy wypocząć.

Po zakupie biletów sił nam starczyło tylko jedzenie. Ostatnie pat thai na Rambuttri, ostatnie oglądanie ludzi i świateł. Rambuttri to moje miejsce w Bangkoku. Jeszcze kiedyś tu wrócę. 

Transport łodzią w Bkk to jest to!

Czekając na autobus :-)

Jedno z moich ulubionych dań - chicken green curry

I jeszcze parę widoczków z Myanmar - zakupy na bazarze w Inle

Kobiety w Bagan

Niezapomniany trekking

Tak sobie żyją birmańskie świnki

Na bazarze w Inle


wtorek, 13 czerwca 2017

Ostatni dzień w Myanmar

Bukując bilety do Mandalay przyszło nam rozważyć milion opcji. Autobus normalny, autobus vip, autobus high - cokolwiek to ma znaczyć. Z racji, że mieliśmy jechać aż 10h kiepskimi i wąskimi drogami zdecydowaliśmy się jednak trochę w tą trasę zainwestować. Po długim researchu w Inle okazało się, że najtaniej sprzedaje nasza pani w hotelu... :-)

Pani z hotelu to była anioł-kobieta. Hotel paskudny i chociaż chciałoby się napisać gdzieś na Booking czy na TripAdvisor - ludzie, nie jedźcie tam! łazienki to jeden wielki dramat, ściany obdrapane, ręczniki szarobure - to nie, nie napiszę, bo właścicielka nadrabia wszystko. Nie dość, że na nasz widok po powrocie z trekkingu od razu posadziła na ławeczce, napoiła herbatką, pokazała gdzie możemy sobie buty umyć (ba, dała nawet szczoteczkę :)) to jeszcze szybko pranie zrobiła, pozałatwiała wszystkie bilety, na pół dnia po wymeldowaniu się z pokoju udostępniła pokój pracowniczy z łazienką i możliwością wzięcia prysznica, no można wymieniać i wymieniać. 

Wracając do tematu - kupiliśmy bilety na autobus vip high super hooper extra. I warto było :D takiego komfortu to nawet w samolocie Qatar Airways nie ma :D miejsca na nogi - dużo, odległość między siedzeniami - duża, podnóżek tapicerowany - był, poduszeczka i kocyk - był, telewizor to wiadomo standard ;-) do tego jeszcze buteleczka wody i napój energetyczny :D Było tak wygodnie, że zasnęliśmy niemal od razu, a gdy obudzilam się po wydawałoby się jakiś 2godzinkach nagle usłyszałam "Mandalay! Mandalay!!!". No wierzyć się nie chciało. Musieliśmy sprawdzić na mapie, żeby uwierzyć. Ale faktycznie, cała ta droga minęła nam jak z bicza strzelił - wydawało nam się, że spaliśmy jakieś max. 2h a okazało się, że przespaliśmy całą trasę.

Ale autobus faktycznie dojechał do Mandalay szybciej. Mieliśmy jechać aż 10h więc liczyliśmy, że wyjeżdżając o 19 będziemy na miejscu ok. 5, a tymczasem o 3. Nie wiem jak to możliwe, ale tak właśnie było i mocno pokrzyżowało nam to plany. W planach mieliśmy przekoczowanie tej 1-2h na dworcu, aż rozkręci się życie i wtedy znalezienie miejsca by zostawić duży plecak i pojechanie do centrum zobaczyć jeszcze parę miejsc. Ale dworzec w Mandalay to miejsce wyjątkowo paskudne i czekanie tam 4h nie wchodziło w rachubę. Poza tym rozspaliśmy się w autobusie i jedyne o czym marzyliśmy to było łóżko. 

Na szczęście dopisywała nam dobra passa. Przyczepił się do nas taksówkarz. Najpierw zaczał standardową gatkę, skąd jesteśmy itp. więc staraliśmy się go przepędzić, ale nie dawał za wygraną. Potem zorientowaliśmy się, że podczas kiedy my na szybko sprawdzaliśmy w Booking hotele (warto też wspomnieć, że na tą konkretną noc już nie było żadnych dostępnych, bo było po północy więc szukaliśmy miejsca, gdzie będzie ich po prostu dużo, żeby móc chodzić od jednego do drugiego i pytać) wszystkie zbiorowe taksówki odjechały. Został tylko nasz chłopek cierpliwie czekający obok. Na szczęście cena jaką sobie życzyl była całkiem przyzwoita więc pojechaliśmy w stronę Pałacu Królewskiego, który chcieliśmy jeszcze zobaczyć. Na miejscu okazało się, że w hotelu nr 1 - brak miejsc, w hotelu nr 2 - cena zaporowa, itp., itp. dooopa. Chłopek się przejął, cierpliwie czekał aż coś znajdziemy. W końcu zaproponował, że zawiezie nas do taniego hotelu jaki szukamy. No i zawiózł. Sami nigdy byśmy nie znaleźli, bo światło w recepcji zgaszone, krata na wejście spuszczona, pomyślelibyśmy, że zamknięty. A nie był. Taksówkarz powalił w drzwi i nagle okazało się, że w recepcji śpi trzech facetów. Pokoje za 15 dolców z łazienką i klimą - bierzemy! Za podwiezienie nas do tego hotelu nic już nie chciał (pewnie i tak dostał prowizję od hotelu, ale zachował się fajnie, naprawdę). Hotel stary, pokój bez okna, ale na te kilka godzin naprawdę nam starczył.

Kiedy już odespaliśmy te przygody i zjedliśmy śniadanko (tost plus dżem plus jaja - ktoś musiał im powiedzieć, że białasy to jedzą, bo wszędzie dają to samo) ruszyliśmy dziarskim krokiem na zwiedzanie Pałacu, którego płot zaczynał się o rzut kamieniem od naszego hotelu. No... idziemy, idziemy i idziemy, a wejścia kurna nie ma. Dookoła płotu szeroka fosa, zero mostu. Słońce daje czadu, ledwo żyjemy. W końcu dochodzimy do mostu, a tam żołnierze nas zawracają, że wejście tylko od strony wschodniej... My błagamy, że gorąco, że prosimy, a oni tylko "no foreigners, no foreigners" i doopa. A obok nas już pojawił się gościu z motorkiem. Motor taxi :o za jedyne 1000kyatów od osoby podwiozą nas pod samo wejście. 1000kyatów = mniej niż 1$ więc nie było o czym gadać. 

Przy pałacu milion pięćset kontroli. Uzbrojeni żołnierze z poważnymi minami spisują dane z paszportów, każą płacić kolejnę 10 dolców od osoby za wejście i jeszcze proszą o zosrawienie jakiegoś dokumentu jako depozyt. Szaleństwo.

No a teraz o pałacu. Wchodzimy przez bramę, a tam droga, jakieś 1,5km zanim w ogóle zaczną się zabytki. Idź sobie turysto w pełnym słońcu. Oczywiście po drodze wypożyczalni rowerów i motorów jak grzybów po deszczu. Rowery to w ogóle jakieś atrapy, bo stoją ich dziesiątki, ale lokalesi bez podawania przyczyny odmawiają wynajmu i proponują droższe motory.  Szlag nas trafia i przechodzimy ten odcinek pieszo.

Wreszcie zaczyna się pałac. Potężna drewniana konstrukcja z typowymi żłobieniami i złoceniami. Pierwsza sala robi wrażenie - bogato zdobiona, a na podeście siedzą na tronach manekiny króla Mindona i królowej. Spoko, idziemy dalej. A dalej w jednym skrócie nic. No serio! Obiekt potężny, ogromny teren po którym chodzi się i chodzi. Ale to nie taki pałac w zachodnim stylu. Tutaj rozsianych jest mnóstwo drewnianych domków podzielonych jeszcze w środku ścianą po połowie, ale niestety wszystkie puste. Zero mebli, zero wyposażenia. O przepraszam, jedynym wyposażeniem jakie przyszło nam oglądać było królewskie łóżko. Czy łóżeczko, bo ci lokalesi to takie trochę kurduple są.  Poza tym totalnie brak w tym wszystkim jakiejkolwiek organizacji. Birmańczycy mają bzika na punkcie zdejmowania butów. Do tej pierwszej sali z królem na tronie wchodzi się na boso czyli buty zostawiamy przed wejściem. A potem przechodzi się do kolejnej komnaty, z tej drewnianym podestem do kolejnego pomieszczenia itp. a brudno coraz bardziej. Czyścioszkami to ci lokalesi nie są. Zresztą patrząc na ludzi trudno im się dziwić. Niemal połowa zasuwa na boso, tak wszędzie, po prostu, nie ruszają więc ich kamienie, żwirki i te sprawy. A jakimś tam brudzie czy gołębich odchodach to już w ogóle nie warto wspominać. No ale nas to jednak trochę ruszało gdy przechodząc w głąb pałacu czułam coraz większy syf pod stopami i lawirowałam między gołębimi kupami. A na stopach rany po pęcherzach z trekkingu.

Szybko się więc stamtąd ewakuowaliśmy. 

Punkt drugi: klasztor Shwenandaw. Piękny, drewniany, złocony. Na mapie tuż obok pałacu. Człowiek się cieszy, że obskoczy szybko jedno i drugie. Ale nie. Zonk. Przypominam - wejście do pałacu jest tylko jedno. Można więc stać tuż obok, ale żeby wejść trzeba w ponad 40-stopniowym upale maszerować wzdłuż ogrodzenia kilometrami. Z podkulonymi ogonami poszliśmy więc pytać o taxi. I tu kolejna przeprawa, bo ceny z kapelusza, zawsze każdego białasa muszą wypróbować.  W końcu za 1500kyatów udało nam się złapać super schłodzonego minivana na wyłączność. Pan Ton Ton po drodze opowiadał nam całe historie o swojej rodzinie, ale ni w ząb nie zrozumieliśmy niczego, taki ten ich angielski. 

Klasztor faktycznie piękny. Ale puściutki, nie ma nikogo. Na początku byliśmy tylko my i para lokalnych zakochanych. Do klasztoru wchodzi się na tym samym bilecie. Jest mocno zaniedbany, ale i tak robi wrażenie. Detale rzeźbień, stara warstwa złoceń i ta mistyczna atmosfera wewnątrz łapią za serce. W klasztorze spędziliśmy ponad godzinę najpierw wszystko oglądając, a potem łapiąc atmosferę miejsca. 

A potem stwierdziliśmy, że starczy Mandalay i choć na naszym bilecie mogliśmy jeszcze sporo zobaczyć to z racji na brak czasu wróciliśmy do hotelu by zdążyć na umówioną wcześniej taxi na lotnisko.

w klasztorze

klasztor z zewnątrz

pałac z zewnątrz wygląda całkiem ładnie

ulice Mandalay :-) to najbrzydsze miasto jakie widzieliśmy w Birmie

lokalne przysmaki - kurze łapki

taki paragon dostaliśmy na lotnisku. zaintrygowani nalepkami zapytaliśmy cóż to takiego - podatek jaki rząd pobiera od sprzedaży :S 
na wewnętrznym dziedzińcu pałacu

budynków jest całe mnóstwo. szkoda tylko, że pustych...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Uroki jeziora Inle

Niedzielę spędziliśmy trochę leniwie. Inle Lake jest kolejnym po Bagan bardzo turystycznym rejonem Birmy. Wszędzie pełno kawiarni, jadłodajni, taksówek i lokalnych biur wycieczkowych, czyli wszystko czego szukają tacy jak my.

Plan mieliśmy taki, żeby tego dnia nacieszyć się samym jeziorem jak i okolicą. Jedynie poogoda trzymała nas do ostatniej chwili w niepewności. Jezioro Inle jest położone dość wysoko, z wszystkich stron otaczają je wysokie góry, znad których co chwilę nadchodzą ciemne deszczowe chmury. A deszcz na jeziorze o brązowej wodzie, w szczególności gdy płynie się płytkim kajakiem lokalesów, nie można zaliczyć do przyjemnych. 

Decyzję postanowiliśmy jednak podjąć z samego rano. W niedzielę rano niebo było zachmurzone jak zwykle, ale postanowiliśmy zaryzykować. Co innego moglibyśmy robić w tej małej mieścince? Przez recepcję naszego skromnego hoteliku szybko załatwiliśmy gościa z łodzią, który miał nas obwozić po okolicy. 

Sama przeprawa przez jezioro to około godzinna podróż. Inle jest niesamowite. Ma swoją własną niepowtarzalną atmosferę. I chociaż podczas tej wycieczki byliśmy non stop wożeni w turystyczne pułapki typu fabryka srebrnej biżuterii (notabene bardzo ciekawe - mogliśmy oglądać całą produkcję od początku do końca, ale ceny zaporowe) i jedwabiu oraz materiału z lotosu to najfajniejsze było oglądanie lokalesów na jeziorze - łódeczek przewożących kolorowe kobiety z turbanami na głowie z plemienia Pa-O, rybaków balansujących na jednej nodze na swoich malutkich łódeczkach, a drugą nogą trzymających wiosło, rodziny wracające z targu z zakupami, dzieci w zielonych mundurkach wracające ze szkoły. A ludzie... ludzie są tu bajeczni. Kolorowi, pomalowani, wystrojeni w te swoje piękne narodowe ubrania, inni, niepowtarzalni. To prawda, że do Birmy jedzie się dla jej mieszkańców.

Fakt, że Inle jest już mocno zepsute turystami. W tych wspomnianych fabrykach piękne rzeczy sprzedają, ale ceny tylko w dolarach i to z dwoma zerami na końcu. No gdzie tu oni takimi sumami operują??? Tak więc byliśmy jeszcze w fabryce papierosów (tu też było ciekawie i nawet miałam ochotę zrobić prezent kolegom z pracy w postaci bananowych papierosów, ale jakoś wizja przekraczania granicy z tym ustrojstwem trochę mnie zniechęciła) i u długich szyj, które widzieliśmy wcześniej w Tajlandii. Długie szyje to tu już szczyt komerchy - łącznie trzy kobietki automatycznie pozujące do zdjęcia na widok turysty z aparatem. 

Najciekawszym punktem był lokalny bazarek, który odkryliśmy podążając za lokalesami niosącymi ciężkie torby pomidorów, kukurydzianych chipsów i bananów przy okazji zwiedzania pagody. Pagody też są piękne, ale wszystkie takie same. Bazar był ciekawszy. Oglądanie tego co sprzedają to tylko połowa atrakcji - większą są lokalesi. Złotnicy sprzedający biżuterię zamkniętą w szklanych gablotkach, panie od srebrnej biżuterii (to samo co we wspomnianych fabrykach, ale za 1/4 ceny), sprzedawcy lekarstw (wszystkie bez recepty :)) i lekarstw tradycyjnych oraz wyrobów magicznych. Bajka! Tutaj udało nam się zrobić zakupy :)

Zawieziono nas też do tzw. klasztoru skaczących kotów, ale tu totalna porażka - jedyne koty, które widzieliśmy to tłuściochy wygrzewajace się leniwie w słońcu. Mnisi pochowani po kątach, mało to miało wspólnego z tym co opisują w necie. Poza tym mnisi już nam opatrzyli. W Myanmar jest ich pełno. A w Inle to już od zatrzęsienia. Malutkie miasteczko, a klasztorów chyba z cztery. Wciąż słychać ich modlitwy, mnisi jeżdżą na rowerach, chodzą po bazarku, szaleją w wesołym miasteczku (tak, było - wieczorami oj działo się tam, działo!). W oknach sal, w których śpią na bambusowych matach na podłodze wciąż suszą się ich szaty. Ciekawie było ich obserwować, bo myśląc o mnichach człowiek wyobraża sobie jakieś dostojeństwo, a tu mnichami są już kilkuletni chłopcy - dzieciaki, rozwydrzone, biegające, takie jak wszystkie inne w ich wieku.

Ale do brzegu.

Z naszych wspomnień z jeziora warto jeszcze wspomnieć o lunchu ;-) Zaliczyliśmy po rybce, ja grillowaną, Hasan smażoną i było pysznie, smacznie i śmiesznie tanio.

Wieczorem zaliczyliśmy jeszcze spacerek po nocnym bazarku, a tam wciąż tanaka, tanaka i tanaka - wszystkie twarze wymalowane, chodniki zaplute czerownym betelem (faceci to tu żują, zęby i usta w masakrycznym stanie - ceglastoczerwone, bleeee). Potem kolacyjka w posh restaurcji na naszej ulicy, a tam kto? Nasi Koreańczycy z trekkingu! :-)

Wieczorem pożeganliśmy się z Inle i wsiedliśmy do nocnego autobusu do Mandalay.


Rybacy na Inle Lake


Parking przy lokalnym bazarku

Taaak fajnie pływa się łodzią!

Na bazarze




Dzieciątka są przesłodkie. Zawsze z mamą i tatą w ich miejscu pracy. Bez zabawek, bez zabawiających dorosłych po prostu sobie gdzieś w tej rzeczywistości tkwią.

Sprzedawca wyrobów magicznych

Nasz ostatnio ulubiony środek transportu

Domki lokalesów. Przy domkach w pływających ogrodach uprawiają pomidory i inne warzywa.

Okolice jeziora Inle zamieszkuje siedem plemion. Każde z nich różni się ubiorem.











Przy pagodzie ćwiczyliśmy walenie w dzwon ;-)



Z pagodą w tle

Taki lokalny foklorek na stoisku z książkami i kalendarzami na lokalnym bazarze




niedziela, 11 czerwca 2017

Trekking z Kalaw do Inle Lake czyli dramat błotem pisany

Powoli kończymy naszą przygodę w Birmie. Dziś wieczorem wsiadamy w nocny autobus do Mandalay by jutro wieczorem wrócić do Tajlandii. Przez ostatnie 4 dni żyjemy w ciągłym biegu, a jeśli zatrzymujemy się na chwilę - nie ma internetu :-)

Ale po kolei.

Z Bagan wyjechaliśmy w czwartek rano. W minibusie do Kalaw jechała z nami wesoła gromadka Niemców i Francuzów, z którymi szybko zintegrowaliśmy się jeszcze zanim jazda na dobre się zaczęła. Ludzie w podróży to ważny temat. Są tacy, którzy zawsze trzymają się z boku, są tacy, którzy wchodząc do autobusu nie powiedzą nawet 'hello', a są i tacy z którymi aż żal się rozstawać. Ci należeli do tej ostatniej grupy. Ale na Kalaw każdy miał swój własny plan - jedni chcieli najpierw się trochę zaaklimatyzować w samym miasteczku, inni szykowali się na 3-dniowy trekking, inni tak jak my na 2-dniowy.

Kalaw to miasteczko położone wysoko w górach. Główna baza wypadowa wszystkich trekkingów po okolicy, z których większość zmierza w kierunku słynnego jeziora Inle. Trekking fajna, choć zawsze męcząca rzecz. Z racji jednak, że jest to jedna z głównym atrakcji w Myanmar i my o nim myśleliśmy. Zniechęcała jednak pogoda. W Kalaw jest średnio o 10stopni mniej niż w Bagan. Gdy wysiedliśmy z minibusa po 7h jazdy szybko wyciągnęliśmy z plecaków długie rękawy. Już po drodze zaliczyliśmy kilka ulew. Ale jakich! Górska droga, przepiękne widoki, chmury schodząca prosto pod samochód i nagle ściana wody. Dosłownie! Deszcz kończy się tak samo nagle jak zaczyna padać. Chlup i już, koniec. Nasz plecak razem z innymi bagażami jechał na dachu. Oczami wyobraźni już widziałam wszystkie nasze rzeczy mokre, ale lokalesi doświadczeni - wszystkie plecaki owinęli nieprzemakalnym brezentem - plecak dostaliśmy suchuteńki. 

W Kalaw szybko podreptaliśmy do hotelu. Wybierając nocleg zawsze sugerujemy się najbardziej opiniami w Booking.com ...ale chyba przestaniemy. W Mai Sabai Inn przyszło nam non stop szukać obsługi - hotel pusty, recepcja też. Obsługi albo nie ma albo zajęta zamiataniem podjazdu. A potrzebowaliśmy ich dość często. Zaraz po wejściu do pokoju na podłodze przywitał nas zdechły karaluch - to nigdy nie zapowiada niczego dobrego. Potem bawilismy się w myśliwych komarów. Ale gdy podczas brania prysznica chciałam zamknąć małe okienko, a z ramy okna wylazło całe mrowisko i w błyskawicznym tempie rozlazło się po łazience z prędkością światła znalazłam się w recepcji wykrzykując głośno i namolnie "hellloooo???!! helloooo?!!!". Recepcjonistka wcale nie zdziwila się moim lamentem i szybko złapała za flachę raidu na mole. No jaja sobie robi. Nie. nie, my chcemy poków zmieniać, ten raid to da radę tylko na zdechłego karalucha.... Tak. No więc pokój zmieniony, my wykąpani leżymy już w łóżku, a tu nagle po ścianie śmigają dwie jaszczurki. Hue hue... zgasiliśmy światło i poszliśmy spać.

Na trekking ostatecznie zdecydowaliśmy się pójść, bo jakoś nie było innej opcji. Mogliśmy obijać się 2 dni w Kalaw lub Inle lub nawet szybciej wrócić do Mandalay, ale z żadnym z tych planów jakoś nie było nam po drodze. Po szybkim rozpoznaniu w lokalnej ofercie zapisaliśmy się na 2-dniowy trekking na następny dzień u słynnego wujka Sama. To taki ponad 70-letni Birmańczyk, który bodajże założył pierwsze biuro trekkingowe w okolicy.

W piątek rano o 8:00 zwarci i gotowi staliśmy już przed biurem wujka Sama. Byliśmy grupą 5-osobową - my plus 3 Koreańczyków - dwie dziewczyny i chłopak, wszyscy podróżujący samotnie, ale po spotkaniu w Bagan trzymający się razem. Naszym przewodnikiem okazała się drobniutka 24-letnia Namboo z lokalnego plemienia Pa-o o niesamowicie egzotycznym wyglądzie. Wujek Sam wyszedł do nas tuż przed wejściem na przyczepę i wygłosił mowę chwytającą za serca, że poznamy 4 lokalne plemiona z bliska, że mamy wykorzystać przewodnika, który zna lokalne dialekty i nawiązać dialog z lokalesami. Mamy zadawać mnóstwo pytań i świetnie się bawić.

Miodzio. Najpierw na przyczepie przewieziono nas jakieś 20km, czyli to co idzie się pieszo 1-dnia 3-dniowego trekkingu. Potem wysiadka i w pole. Najpierw trasa była bardzo łagodna. Polną, ale równą i szeroką drogą przechodziliśmy przez wioski i pola. Razem z Koreańczykami przy muzie z telefonu odtańcowaliśmy Gangnam Style. Lokalesi bardzo chętnie pozują do zdjęć, uśmiechają się, machają i mówią, że mamy piękną jasną skórę. Po jakiś 2h marszu doszliśmy do rzeczki, przez którą trzeba było przeskoczyć po kamieniach. Ale rzeczka to nie był największy problem. Problemem była stroma błotnista i oczywiście śliska skarpa, po której trzeba było się szybko wspiąć do góry, bo inaczej tyłkiem w rzeczkę. Z sercem na ramieniu i hasanowską pomocą się udało. Koreańczycy w swoich klapkach gorzej, ale ostatecznie wszyscy staliśmy po drugiej stronie wody. Potem był odcinek przez pola. Łagodny. Dopiero co zaczęliśmy wypytywać o jakieś niebezpieczne żyjątka, pająki, krokodyle, 2 metry od nas spłoszyło się stado węży. Niewielkich, ale ponoć jadowitych. To już wystarczyło by pamiętać, że najpierw trzeba spojrzeć na drzewo zanim się człowiek przytrzyma. 

Z górki, pod górkę po jakiś 3h doszliśmy do pierwszej wioski. Tam czekała na nas babcia z zieloną herbatą i lokalnymi chipsami. Kiedy już mieliśmy wyruszać dalej zaczęła się ulewa. Leje, leje i leje. Już niby przestaje i znowu zaczyna. Masakra. Z niepokojem obserwujemy jak nasza w  miarę lajtowa polna droga zmienia się w grząskie błoto. Czekaliśmy ok. 40min i kiedy deszcz trochę osłabł wyjęliśmy swoje folie przeciwdeszczowe i ruszyliśmy w drogę. 

Jak było? Masakrycznie. Przez następne 2 godziny łaziliśmy po śliskich grząskich polach co chwile próbując złapać równowagę. Trochę z górki, trochę pod górkę, niewiadomo co gorsze bo nogi zachowywały się jak na lodowisku. Kiedy deszcz przestawał padać momentalnie robiło się gorąco, a my w tych foliach dosłownie parowaliśmy. Na mój pech jakieś 10minut po zdjęciu folii jak żem nie rąbła schodząc ze skarpy z pola... Cała dupa w błocie :D :D :D plus pół plecaka i doczepiona do niego czapka H. Bomba. Wszyscy wystraszeni czy nic mi się nie stało. Nie... nic... oprocz tego, że godność zmieszana z błotem to lądowanie było super miękkie. Gdy doszliśmy do wiejskiego domu na lunch mialam wszystkiego serdecznie dość. Spodnie przebrałam, ale cała góra pozostawała mokra. Zresztą nie było sensu się przebierać, bo deszcz nie przestawał padać. Było mi zimno, źle i niedobrze, a na myśl, że mamy do przejścia jeszcze prawie 10km tego dnia miałam ochotę wystrzeliwywać racę ratunkową. Po lunchu dano nam jeszcze czas, żebyśmy doszli do siebie. Wszyscy byliśmy tak wymęczeni tą raptem 1/4 drogi, że w moment pospaliśmy.

Niestety trzeba było iść dalej. W skrócie dalej było jeszcze gorzej. Deszcz padał co chwilę, aż do następnego dnia. A my po polach i śliskich wąskich błotnych dróżkach, przeprawialiśmy się przez rzeki, śliskie "mosty" zrobione z trzech bambusów, w końcu przez górską przełęcz. Oprócz H. i przewodnika glebę zaliczyliśmy wszyscy. Najpierw to było smutne, potem tylko śmieszne. Jak dzikie świnie brodziliśmy w błocie. Do tego te dzikie okrzyki Koreańczyków "łoooo!!!, noooo!!!!!" - po prostu boki zrywać. Koreańczyk (aż mi wstyd, bo tak się zaprzyjaźniliśmy, a nawet imion swoich nie znamy) szczęśliwy, że przeszedł boso przez rzekę pozuje do zdjęcia, a jeszcze nie wie, że oblazły go pijawki. Koreanka w sandałach po kolana w błocie, w końcu decyduje się iść na boso. My w naszych butach trekkingowych, po kostki w błocie. Błoto tak się do nas przyczepiało, że chwilami każdy z naszych butów ważył po 5kg, a zmęczenie coraz większe, na koniec nie miałam już siły podnosić stopy do kolejnego kroku. Ślizgaliśmy się na błocie na drodze i na tym przyczepionym do podeszwy. Śmiesznych anegdotek co niemiara - stąpam na coś co wygląda w miarę stabilnie i momentalnie zanurzam się w błocie po kostki - wszyscy krzyczą nooooo! Idę tuż za Hasanem, patrzę, a tu ładna skała, stąpam i w tym samym momencie w którym słyszę głos Hasana "to wygląda jak kamień, ale to kupa bawoła" widzę jak moja stopa zanurza się w lepkim klocku. Itd itd itd... 

Na miejsce noclegu, czyli totalnie odciętej od świata górskiej wioski bez bieżącej wody i prądu trafiamy w opłakanym stanie. Przewodniczka pokazuje nam toaletę wychodek przy polu imbiru i miejsce, gdzie można się w miskach trochę umyć. Proszę o saroongi (tą ich szeroką spódnicę) i idę "prysznic" wziąć. Bez tego chyba przestałabym się już nazywać człowiekiem. Potem opatruję wszystkie pęcherze i odciski na stopach. Reszta rezygnuje z mycia, stawiają tylko na twarze i nogi. A potem robimy wycieczkę do sąsiadów, którzy prowadzą sprzedaż piwka i odpalamy butelki. Kolacja jaką tam jedliśmy była najlepszym jedzeniem jakie jedliśmy w Birmie. Wszystko pyszne, rozmaite i duuuużo. Nie byliśmy w piątkę w stanie wszystkiego zjeść. Pomogałam kobietom nosić do nas na piętro talerze z kuchni więc miałam okazję podejrzeć jak to wszystko wygląda na zapleczu. Gospodyni - stara babulinka - gotowała dla nas wszystko na palenisku na ogniu. Naczynia zmywała w beczce za kuchnią. Do kuchni weszła dziewczyna z 2-letnim niemowlakiem. Pytały o mnie, ile mam lat, bo dla nich tak młodo wyglądam :-) Musiałam opowiedzieć im o córce, o tym ile ma lat. Traktowały mnie jak swoją.

Spaliśmy w sali na piętrze. Na piętrze były tylko dwa duże izby. W jednej - przechodniej spaliśmy my na cienkich materacach, w drugiej gospodarze. Koreańczycy po 3 toastach "Konbee" dosłownie zemdleli i poszli spać. My siedzieliśmy trochę dłużej, no bo jak to tak o 19 iść spać... Ale słońce wyznacza cały rytm życia w birmańskich górach. Zresztą w połowie kraju nie ma prądu, a tam gdzie jest jest niestabilny - co chwilę go wyłączają, każdy hotel ma swój generator prądu, lodówki i klimatyzacje podłączone są do specjalnych stabilizatorów, mających ochronić je przed uszkodzeniami spowodowanymi spadkami napięcia. Tam, w tej górskiej wiosce, o 19 zapadła taka ciemność jakiej w życiu nie widziałam. Jak okiem sięgnął czarno. W oddali widać było tylko co jakiś czas jednostki z latarkami. Widzieliśmy świetliki :-) O 20 zapadła cisza, wszyscy już spali. Zaliczyliśmy ostatnie wyjście do wychodka (nie było mowy, żeby w takiej ciemności włazić do szopki z śmierdzącą dziurą w podłodze - bez wyrzutów sumienia laliśmy na pole), a potem poszliśmy spać.

Tutaj uwielbiają twarde materace. Nawet w kilkugwiazdkowych hotelach łózka są tak twarde, że wstawaliśmy z bólem krzyża. Znacznej różnicy więc nie odczuliśmy po nocy na podłodze. Na śniadanie podano nam naleśniki z owocami. Zresztą przewodniczka obudziła nas o 6, ale sama wraz z babulinką już po 4 krzątały się po kuchni. 

O 7:30 wymarsz. Babulinka dziękowała, że ją odwiedziliśmy i zapraszała ponownie - z naszymi rodzinami, nas z naszą córką. Odpowiedziałam, że pewnie za jakiś czas ona sama przyjedzie tutaj ze swoimi znajomymi. 

Nie skłamię pisząc, że miałam pełne gacie strachu po poprzednim dniu. Ale droga okazała się o wiele łagodniejsza i całe szczęście znacznie mniej śliska. Niebo choć zachmurzone oszczędziło nam deszczu. Padało tylko raz, ale byliśmy akurat na płaskim terenie. Czekały nas tylko dwa trudne odcinki - schodzenie z gór po kamieniach i potem wąskim gliniastym wąwozem również w dół. W zasadzie droga nie byłaby tak trudna gdyby nie stan moich stóp. Miałam już 5 pęcherzy z poprzedniego dnia i z każdym krokiem czułam jak powstają nowe. A droga wciąż nieubłaganie prowadziła w dół więc trzeba było się zapierać. Na końcu przy każdym kropku czułam jakbym stąpała po kawałkach węgla - tak paliło. Droga prosta, nie prosta - tak czy inaczej znowu przeszliśmy jakieś 20km więc do Inle na miejsce lunchu doszliśmy na ostatnich nogach. Kiedy usiadłam do stołu nie miałam nawet siły wstać i podejść 5m do zlewu umyć ręce.

Nogi jak dwa kołki, z trudem przeszliśmy jeszcze 15minut do łodzi, która miała nas zawieźć na drugi brzeg jeziora do Nyaung Shwe. 

Przy tym całym zmęczeniu jakoś zupełnie zapomniałam, że łodziami jakie pływają po jeziorze są płyciutkie kajaki :-) Jak zobaczyliśmy czym mamy płynąć, sama już nie wiem, nie mieliśmy nawet siły się bać :-] wchodzenie na taką łódź to wyższa szkoła jazdy, a tu nogi jak z gliny. Na szczęście daliśmy radę, a taki rejsik był dla nas jak wybawienie. Woda, słońce, potem deszczyk, życie jest piękne!!!

Z wielkim żalem pożegnaliśmy się z naszymi Koreańczykami, a potem ledwo ledwo doszliśmy 1km do hotelu. Jak nas pani w recepcji zobaczyła natychmiast kazała nam siadać i podała herbatę :-))))

Reszta już wkrótce ;-)

Najpierw było tak...



...i tak...
...a potem zaczął padać deszcz...

zielona herbatka nie pomogła :-(

jeden z przystanków

z naszą przewodniczką Namboo z plemienia Pa-O

tutaj jeszcze nie wiemy co nas czeka


puszczanie baniek z łodygi - też można

to już drugiego dnia podczas zejścia z gór

ostatnia prosta przez jezioro

w takim stanie były moje skarpetki

takie widoki mijaliśmy po drodze

dzieci zbiegały się na nasz widok albo stały wmurowane ze zdziwienia. dawaliśmy im słodycze

nasza kolacja w miejscu noclegu

odpoczynekk na trasie

tak wyglądały nasze buty po pierwszym czyszczeniu

tak spaliśmy :-)