poniedziałek, 12 czerwca 2017

Uroki jeziora Inle

Niedzielę spędziliśmy trochę leniwie. Inle Lake jest kolejnym po Bagan bardzo turystycznym rejonem Birmy. Wszędzie pełno kawiarni, jadłodajni, taksówek i lokalnych biur wycieczkowych, czyli wszystko czego szukają tacy jak my.

Plan mieliśmy taki, żeby tego dnia nacieszyć się samym jeziorem jak i okolicą. Jedynie poogoda trzymała nas do ostatniej chwili w niepewności. Jezioro Inle jest położone dość wysoko, z wszystkich stron otaczają je wysokie góry, znad których co chwilę nadchodzą ciemne deszczowe chmury. A deszcz na jeziorze o brązowej wodzie, w szczególności gdy płynie się płytkim kajakiem lokalesów, nie można zaliczyć do przyjemnych. 

Decyzję postanowiliśmy jednak podjąć z samego rano. W niedzielę rano niebo było zachmurzone jak zwykle, ale postanowiliśmy zaryzykować. Co innego moglibyśmy robić w tej małej mieścince? Przez recepcję naszego skromnego hoteliku szybko załatwiliśmy gościa z łodzią, który miał nas obwozić po okolicy. 

Sama przeprawa przez jezioro to około godzinna podróż. Inle jest niesamowite. Ma swoją własną niepowtarzalną atmosferę. I chociaż podczas tej wycieczki byliśmy non stop wożeni w turystyczne pułapki typu fabryka srebrnej biżuterii (notabene bardzo ciekawe - mogliśmy oglądać całą produkcję od początku do końca, ale ceny zaporowe) i jedwabiu oraz materiału z lotosu to najfajniejsze było oglądanie lokalesów na jeziorze - łódeczek przewożących kolorowe kobiety z turbanami na głowie z plemienia Pa-O, rybaków balansujących na jednej nodze na swoich malutkich łódeczkach, a drugą nogą trzymających wiosło, rodziny wracające z targu z zakupami, dzieci w zielonych mundurkach wracające ze szkoły. A ludzie... ludzie są tu bajeczni. Kolorowi, pomalowani, wystrojeni w te swoje piękne narodowe ubrania, inni, niepowtarzalni. To prawda, że do Birmy jedzie się dla jej mieszkańców.

Fakt, że Inle jest już mocno zepsute turystami. W tych wspomnianych fabrykach piękne rzeczy sprzedają, ale ceny tylko w dolarach i to z dwoma zerami na końcu. No gdzie tu oni takimi sumami operują??? Tak więc byliśmy jeszcze w fabryce papierosów (tu też było ciekawie i nawet miałam ochotę zrobić prezent kolegom z pracy w postaci bananowych papierosów, ale jakoś wizja przekraczania granicy z tym ustrojstwem trochę mnie zniechęciła) i u długich szyj, które widzieliśmy wcześniej w Tajlandii. Długie szyje to tu już szczyt komerchy - łącznie trzy kobietki automatycznie pozujące do zdjęcia na widok turysty z aparatem. 

Najciekawszym punktem był lokalny bazarek, który odkryliśmy podążając za lokalesami niosącymi ciężkie torby pomidorów, kukurydzianych chipsów i bananów przy okazji zwiedzania pagody. Pagody też są piękne, ale wszystkie takie same. Bazar był ciekawszy. Oglądanie tego co sprzedają to tylko połowa atrakcji - większą są lokalesi. Złotnicy sprzedający biżuterię zamkniętą w szklanych gablotkach, panie od srebrnej biżuterii (to samo co we wspomnianych fabrykach, ale za 1/4 ceny), sprzedawcy lekarstw (wszystkie bez recepty :)) i lekarstw tradycyjnych oraz wyrobów magicznych. Bajka! Tutaj udało nam się zrobić zakupy :)

Zawieziono nas też do tzw. klasztoru skaczących kotów, ale tu totalna porażka - jedyne koty, które widzieliśmy to tłuściochy wygrzewajace się leniwie w słońcu. Mnisi pochowani po kątach, mało to miało wspólnego z tym co opisują w necie. Poza tym mnisi już nam opatrzyli. W Myanmar jest ich pełno. A w Inle to już od zatrzęsienia. Malutkie miasteczko, a klasztorów chyba z cztery. Wciąż słychać ich modlitwy, mnisi jeżdżą na rowerach, chodzą po bazarku, szaleją w wesołym miasteczku (tak, było - wieczorami oj działo się tam, działo!). W oknach sal, w których śpią na bambusowych matach na podłodze wciąż suszą się ich szaty. Ciekawie było ich obserwować, bo myśląc o mnichach człowiek wyobraża sobie jakieś dostojeństwo, a tu mnichami są już kilkuletni chłopcy - dzieciaki, rozwydrzone, biegające, takie jak wszystkie inne w ich wieku.

Ale do brzegu.

Z naszych wspomnień z jeziora warto jeszcze wspomnieć o lunchu ;-) Zaliczyliśmy po rybce, ja grillowaną, Hasan smażoną i było pysznie, smacznie i śmiesznie tanio.

Wieczorem zaliczyliśmy jeszcze spacerek po nocnym bazarku, a tam wciąż tanaka, tanaka i tanaka - wszystkie twarze wymalowane, chodniki zaplute czerownym betelem (faceci to tu żują, zęby i usta w masakrycznym stanie - ceglastoczerwone, bleeee). Potem kolacyjka w posh restaurcji na naszej ulicy, a tam kto? Nasi Koreańczycy z trekkingu! :-)

Wieczorem pożeganliśmy się z Inle i wsiedliśmy do nocnego autobusu do Mandalay.


Rybacy na Inle Lake


Parking przy lokalnym bazarku

Taaak fajnie pływa się łodzią!

Na bazarze




Dzieciątka są przesłodkie. Zawsze z mamą i tatą w ich miejscu pracy. Bez zabawek, bez zabawiających dorosłych po prostu sobie gdzieś w tej rzeczywistości tkwią.

Sprzedawca wyrobów magicznych

Nasz ostatnio ulubiony środek transportu

Domki lokalesów. Przy domkach w pływających ogrodach uprawiają pomidory i inne warzywa.

Okolice jeziora Inle zamieszkuje siedem plemion. Każde z nich różni się ubiorem.











Przy pagodzie ćwiczyliśmy walenie w dzwon ;-)



Z pagodą w tle

Taki lokalny foklorek na stoisku z książkami i kalendarzami na lokalnym bazarze




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz mile widziany! :)