czwartek, 26 września 2013

Życie na Koh Samui

Jutro rano wyjeżdżamy z niebiańskiej wyspy, czas więc by ją podsumować :) Na Koh Samui dotarliśmy wczoraj rano po mimo wszystko dość męczacej podróży. Mnie się udało trochę przysnąć w naszym VIP autobusie, ale Hasanowi już nie. Poza tym do vipowskiego busa wsiedliśmy po całodniowym bieganiu po Bangkoku, jechalismy cała noc, a potem w pelnym porannym słońcu przeprawialiśmy się promem więc po dotarciu na wyspę byliśmy w lekkiej traumie sanitarno-higienicznej. Dodatkowo mieliśmy maly problem ze znalezieniem naszego hotelu. Nasza radość po dotarciu na  miejsce nie miała końca.
Po prysznicach szybko ruszyliśmy na rozpoznanie okolicy. Wyspa ma faktycznie wszechobecny hippisowski klimat, wszędzie widać knajpki, bary i salony tatuaży oraz reklamy słynnych Full Moon Party, które odbywaja się na tutejszych plażach nie tylko w czasie pełni księżyca  i na które ściągają ludzie z całego świata. Nas jednak niezbyt to ujęlo. Wyspa jest faktycznie piękna, w szczególności częsć zwana Lamai. My jestesmy w Chaweng, które jest centrum rozrywkowym wyspy.Lamai Beach jest trochę bardziej spokojne i przede wszystkim na jej skraju są słynne Hin Tao & Hin Yao, czyli skały przypominające kształtem meskie i żeńskie genitalia. My też tam dziś pojechaliśmy i bardzo nam sie tam podobało. Skały są nie tylko zabawne ale też niezwykle malownicze. Na wyspie połozone są też bardzo luksusowe hotele, w których wypoczywają głównie Niemcy, Anglicy i Rosjanie. Urok wyspy psuje jednak wszędobylska i obrzydliwa komercja. Tutejsi Tajowie są okropnie nastawieni na wyzysk szeroko pojęty i wizerunek wyspy dużo na tym traci. Przyjeżdzający tu turysta na każdym kroku walczy z lokalesami próbującego go zrobić w konia. A gdy im się to udowodni to wcale się nie wstydzą i nie zaprzeczają. Jest to szczególnie dotkliwe w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Tutejszy najpopulerniejszy środek transportu to rodzaj trucka z zadaszoną przyczepą, na której przymocowane są ławki. Wynalazki te mają jednak ustalone trasy. Nasz przewodnik z Lonely Planet podaje, że za przejazd z Chaweng do Lamai należy zapłacić góra 50B. A w praktyce nie schodza poniżej 100. Oczywiscie trafiają się też bezczelni, którzy proponują 300 a nawet i 600.  Płaci się za wszystko, za wejście do niby atrakcji turystycznej, która okazuje się jakimś kamieniem, za zdjęcie stoiska z robalami. No i nie targuja się. Nie wiem czy robimy to jakoś nieudolnie (choć nie wydaje mi się, w końcu w Turcji to nasza codzienność) ale gdy tylko podejmujemy próbę mówią, ze mozemy poszukać w innych miejscach. Dziś policzyliśmy, ze wynajęcie skutera wyniosloby nas mniej niż dzisiejsze przejazdy transportem publicznym. Life is brutal ;)Nasz dzisiejszy dzien byl dosc leniwy. To byla nagroda za wczorajsze trudy podróży :) Po śniadaniu pojechalismy do Lamai by zobaczyć wspomniane skały. Potem trochę pobłąkaliśmy się po okolicy i trafilismy na kierunkowskaz na Valentine's Stone, wodospad i punkt widokowy. Postanowiliśmy spróbować. Trasa wiodla przez kawałek dżungli. Na koncu trasy zobaczyliśmy Tajkę za biureczkiem. No to trzeba wyskakiwać z kasy. Wstep 40B. No dobra, skoro tyle przeszliśmy to szkoda zawracać. Idziemy dalej i widzimy pierwsza atrakcję. Valentine's Stone. Jest duży kamlot trochę przypominający serce, a obok na trawniku kwiatki układające się w napis LOVE. Słiiiiit :) Zaraz obok atrakcja nr 2. Wodospad. Czytaj mały strumyczek tak przemyślnie zaaranżowany w ogród, że można mieć duże wątpliwości. No to idziemy dalej na punkt widokowy. Ten wykończyl nas okropnym podejsciem, więc wymiękliśmy na 3/4 wysokości. Potem poszliśmy na plaże Lamai, gdzie leniwie spedziliśmy resztę dnia. Plaza i woda cudowna, idziemy sie wykąpać. Ja śmiało laduje się do wody, Hasan ostrożniej i zwraca mi uwagę, że prawie nikogo nie ma w wodzie, a ci co są uważnie rozglądają sie dookoła. Pytam przechodzącego nieopodal Taja czy woda is good, on ze very good. No to wchodzimy. Juz mialam rzucać się w lazurową otchłań, a tu Hasan wrzeszczy 'Meduuuuzaa!!!'. le jezu, wyskakuje z wody z prędkoscią strusia pędziwiatra. Lonely Planet delikatnie ostrzega przed meduzami, które parzą i tymi ktore zabijaja. Nie wiem ktore są ktore, ale wole nie miec do czynienia z żadną z nich. Kąpanie ograniczyliśmy więc do pluskania się na brzegu. Poza tym mielismy okazję obserwowania tutejszego sex industry. Zaraz za nami rozłozyło się trzech Anglików z czterema Tajkami i burdel mamą. Trzy Tajki obskakiwały Anglików i co pewien czas znikały na pewien czas z jednym z dziadkow. Czwarta wyrywała innych jeleni i kierowała ich do burdel mamy rozłożonej na ręczniku obok ale kompletnie ubranej i nieustannie obserwującej swoje podopieczne by ustalić cenę. Poza tym sprzedawca koralikow zaproponowal nam dwukrotnie marihuanę. Hmm... wolimy nie podzielać losu Bridget Jones :) Potem wrociliśmy do Chaweng choć trochę to trwało aż znaleźliśmy najmniej oszukującego nas kierowcę. Wieczorem wyszlismy  j eszcze na ostatni spacer. Wyspa za dnia i w nocy to kompletnie dwa różne światy. Cały dzien jest cichutko i pustawo, dużo sklepów pozamykane, wózki z jedzeniem też nieliczne. Ale wieczorem Koh Samui budzi się do życia. Cala wyspa tętni światłami dyskotek, które mieszają się w jedną wielka imprezę. Na ulice wychodzą lady boye zapraszający do kabaretów, przed każdym barem stoją sexy Tajki naciągające turystow na jeszcze jednego drinka. Na koniec spaceru zdecydowaliśmy sie na masaż z olejkami. Salon naprawdę niezly, o wiele lepiej wyglądający niż ten w którym byliśmy w BKK. Obsługiwaly nas młode Tajki. Oceniamy jednak nienajlepiej. Masaż też komercyjny jak reszta wyspy. Masaż tu to bylo bardziej głaskanie i wcieranie olejku. W BKK było bardziej profesjonalnie. Czuło sie, ze kazdy dotyk byl przemyslany i ma jakąś funkcje. Tutaj tego brakowalo. Moglismy jednak podsłuchać przez kotarę negocjacji jakiegoś Francuza o masaż CAŁEGO ciala. Tajka odpowiedziala ze ok, za plus 400B i będzie zadowolony :) My poprzestalismy na naszym zwyklym za 250B choć Hasan przyznal mi się ze był głaskany po uchu :D najbardziej go jednak martwi niepewność czy masująca go Tajka nie byla  czasem ladyboyem :D :D :D Żegnaj Koh Samui!jestes piekna ale mocno rozkapryszona! Jedziemy dalej szukac naszej niebiańskiej wyspy!

Hin Tao czyli skaly ze słynnym fiutkiem


Hin Yao czyli cipka na morzu (tu widoczna w oddali)


Lamai Beach

Lokalna stacja benzynowa


Miejscowy transport publiczny


Seks w Tajlandii

Wyspa ożywia nocą

Lady boye zapraszają na show
Moje nowe doswiadczenie - pedicure na plaży






  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz mile widziany! :)