środa, 25 września 2013

Pierwszy dzien w Tajlandii

Poruszanie się po lotnisku w Bangkoku nie jest trudne. Z łatwością przeszliśmy przez kontrolę paszportową i odszukaliśmy nasz plecak - ku naszej radości nie został w Katarze. Następnym etapem (tym wymarzonym) było znalezienie autobusu AE2, który z lotniska miał nas zawieźć na Khaosan Rd. Niestety na lotnisku zabrakło informacji o autobusach miejskich, kierunek był tylko na metro, o którym teraz już wiemy, że zawiozłoby nas do centrum, ale wówczas zmęczeni całą dobą podróży zabraklo nam sił na dalsze poszukiwania. Całkowicie ich zaprzestaliśmy gdy wreszcie udało nam się znaleźć kogoś mówiącego, a nie udającego że mówi po angielsku i dowiedzieliśmy się, że autobus  ten nie kursuje od 2 lat. Oops.
Nie zastanawiając się dłużej wbiliśmy do taxi. Na lotnisku w Bangkoku zasady łapania taxi są dość ciekawe. Po wyjściu z lotniska pierwsze co widać to zaparkowane taksówki i kolejka taksówkarzy do biurka postawionego na przeciwko drzwi wyjściowych z lotniska. Pierwsza nasza myśl - kurde, jaka kolejka do taksówek, nieźle poczekamy. A tu okazało się, że to kierowcy czekający grzecznie na swojego klienta. Od pani za biurkiem dostaliśmy kwitek, na którym napisany był cel naszej podróży i podeptaliśmy za taksówkarzem. W taxi spróbowaliśmy zagadać o pogodzie itd. Ale tematy te przekroczyły znacznie możliwości językowe naszego kierowcy. No to zaczęliśmy uważniej przyglądać się dekoracjom wewnętrznym auta. A tych było sporo :)

Buddyjskie systemy ochronne

Zasady zachowania w taksowce. Tak, pierdzieć też nie wolno.
Zaniepokoiła nas mocno pogoda. Było mocno pochmurnie, a w miarę oddalania się od lotniska zaczynało coraz bardziej kropić. Nasze obawy potęgowały widoki podtopionych pól ktore oglądaliśmy z samolotu. Na Khaosan Rd. wysiadaliśmy w niezłej ulewie. Humory nieco popsuł nam taksówkarz. Oto właśnie daliśmy się zrobić w konia po raz pierwszy. Jadąc z lotniska oprócz ceny za jazdę trzeba też zapłacić za autostradę. Tak więc przy pierwszej bramce zapłaciliśmy 25Bahtow, przy kolejnej 50B. Jazda na Khaosan Rd. wyniosła nas 395B. Nie mieliśmy drobnych więc daliśmy mu 500B. Z powrotem otrzymaliśmy 40B. Gdy zaczęliśmy dochodzić swoich praw kierowca wysiadł szybko z taxi i nam pokazał byśmy zrobili to samo. Ostatecznie machnęliśmy ręką przypominając sobie, że 100B to zaledwie 10zl. Ruszyliśmy więc w Khaosan Rd. Ta w deszczu wyglądała bardzo niepozornie, aż trudno było uwierzyć, że to słynna ulica backpackersow, wiecznie żywa. Musieliśmy upewnić się w McDonaldzie, że to na pewno właściwy adres. Naszym pierwszym zakupem w Tajlandii okazały się foliowe płaszcze przeciwdeszczowe, bo tutaj deszcz pada jakoś inaczej, tak oblepia człowieka, że jest się od razu całym mokrym :)
uzbrojeni w płaszcze szybko odnależliśmy nasz hotel Rambuttri Village na Rambuttri Rd. Zaraz za Khaosan. Hotel całkiem przyjemny. Wzieliśmy prysznice i ruszyliśmy w miasto. Deszcz wciąż popadywał. Naszym celem była świątynia wschodu słońca Wat Arun - jeden z symboli Bangkoku. Żeby się do niej dostać musieliśmy przeprawić się przez rzekę przeplywającą przez samo serce Bangkoku. Dlatego też kierowaliśmy się na River. Gdy do niej doszliśmy przeraził nas 1)kolor wody - beżowo błotny, 2)podniesiony stan wody i pozalewane brzegi oraz worki piasku pływające przy lądzie, 3)wejscia po chybiotących się metalowych kładkach na łodeczki - tutejszy środek bangkodzkiego transportu. To wszystko zrobiło na  nas takie wrażenie, że nas zaćmiło i zapomnieliśmy, że bilety kupuje się na pokladzie. Daliśmy się za to zapędzić do biureczka starej Tajce, która najpierw próbowala nam opchnąć lódkę express prosto do Wat Arun na 900B. Na nasz okrzyk oburzenia wyciągnęla jeszcze inne bilety za 150B od osoby, na których mogliśmy cały dzień podróżować łódkami. Wzięliśmy więc takie (to był nasz koń nr 2 bo kupując bilety na łódce zapłcilibyśmy tylko 20B od osoby na jedno wejscie). Przeprawa przez rzekę jest atrakcją samą w sobie. Kolor wody i to co w niej pływa trochę przeraża ale można się przyzwyczaić. Człowiek najpierw kurczowo trzyma się poręczy, ale patrząc na Tajów lawirujących nad wodą i przeskakujących z jednej łodzi na drugą nabierasz więcej pewności siebie :) Wat Arun nas zachwyciło. Ogrom budowli, egzotyczne dekoracje, mistycznosc miejsca są niesamowite. Powoli pozwiedzaliśmy cały kompleks, wspięliśmy się też po stromych schodach świątyni na najwyższy taras z którego roztacza się super widok na Bangkok. Na szczycie zawieszony jest zielony materiał do składania podpisów. Nie mogliśmy sobie odmówić uwiecznienia tam naszych  imion :) zejscie na dół było dość ekstremalne i modliliśmy się by nie trzeba było wypróbowywać skuteczności naszego ubezpieczenia za granicą. Dodatkowej adrenaliny dodawały coraz częściej spadające na nasze glowy krople deszczu. Szczęsliwie udalo nam się zejsc na ziemię choć z kolanami jak z waty :) (mamo, nie denerwuj się :*).

Wat Arun

Wat Arun i wspinajacy sie ludzie







Zaraz po tym skorzystaliśmy z okazji spróbowania świeżego soku z kokosa - pyyyyychotka za 40B (to też zaa drogo!). Dalej wsiedliśmy już z większą wprawą na lodz, ktorą dostaliśmy się do Chinatown. Tam trochę jakby inny świat. Wszèdzie chińskie lampiony, chińskie napisy i zapachy też inne mhkm mhkm.... Zgłodnieliśmy więc wpakowaliśmy się do lokalnej knajpki i odważnie usiedliśmy przy stole. Zdębieliśmy dopiero gdy zobaczyliśmy menu: duck mouth i pork neck. Hmm to chyba jednak nie miejsce dla nas. Zatrzymaliśmy się przy wozku z żarełkiem i popatrzyliśmy na Taja wcinającego nieźle wyglądającą ala zupkę z chińskimi pierożkami, zieleninką, czymś mięsnym i makaronem noodle. Zapytalismy czy good, facet pokazał kciuk do gory. Pytamy czy hot, mowi ze nie. No to my prosimy co ma ten pan. Porcja 40B. Zamowilismy jedno - smaczne wiec poprosilismy o drugie. Tak tez zjedliśmy pierwszy lokaleski posiłek :) Dalej udaliśmy się do świątyni Wat Traimit z 5,5 tonowym Buddą ze szczerego złota. Mistrzem pytania o drogę był Hasan który wczuł się w chinsko-tajskie klimaty tak, ze nazwę Wat Traimit wypowiadał z tak dobrym akcentem Wat Tai Miiit, ze kazdy od razu wiedział o co nam chodzi. Złoty Buddha nie jest zbyt duży ale kurde, cały złoty! Po Wat Traimit już padaliśmy ze zmęczenia i nie wiem co nas wtedy podkusiło by nie spojrzeć na mapę i nie uświadomić sobie, że dworzec kolejowy czyli nasz ostatni punkt poniedzialkowej trasy jest tuż nieopodal. Drogę zajechal nam facet z tuk tukiem a my zmęczeni trafiliśmy w jego łapska jak muchy do lepu. Powiedzieliśmy że chcemy na stację, a on po co. A my że po bilety na Ko Samui. A on że na stacji bilety sprzedawane są tylko Tajom, a on nas zawiezie do informacji turystycznej, rządowej, z ktorej kupimy bilety.a my na to jak te osły, ze ok. Faktycznie zawiozl nas do jakiejs tam informacji, facet w biurze dobrze mówil po angielsku, wykonal telefon i mowi, ze bilety na dolne kuszetki sa juź wyprzedane, zostaly tylko gorne. Tutaj musze przyznać ze zaswiecilo mi sie pomaranczowe swiatlo ostrzegawcze, ale zgasilam je zmeczeniem. Cena za bilety dla dwoch osob pociag plus prom 96dolarow. Na stacji bilet za 1os mial kosztowac 28dolcow. Facet na nasze skwaszone miny zaproponowal VIP bus, na zdjeciu wygladal ok. Za dwie osoby 84dolce, off nie wiem jak to sie stało ale zgodzilismy sie. Potem na mapie zrozumielismy ze tuktukowiec obwiozl nas dookola stacji by pokazac chyba jak to daleko. Po wizycie w informacji mial nas zawieźć nad rzekę na  łódź. Za trase z Traimit do biura i potem nad rzekę 20B. A on nagle wyskakuje z gasoline fee, kompletnie go zignorowalismy i bardzo dobrze bo za nasze kupione bilety pewnie i tak do dostanie prowizję. W hotelu Hasan wygrzebal z internetu historię pewnego Australijczyka ktory został oszukany przez to biuro. No szlag. Zobaczymy dzisiaj co z tego wyjdzie.
Po powrocie na Khaosan poszliśmy jeszcze na masaż. Godzina tajskiego 220B czyli 22zl a wiemy ze to i tak bardzo drogo! Przed wejsciem do salonu zostaliśmy poproszeni o zdjęcie butów. Dalej umyto nam nogi. Potem poszlismy na pięterko gdzie w rzedzie poustawiane byly materace porozdzielane kotarami. Tam też oddalismy się godzinnej przyjemności. Trochę bolało ale u mnie zmęczenie podrozą minęlo. Z naszych spostrzeżeń co do masażu w Tajlandii to na pewno to, że nie każą się rozbierać i nie dotykają bezpośrednio skóry. Dostaliśmy do zalożenia czerwone szarawary, mieliśmy zostać w tshirtach. Masowani byliśmy dodatkowo przez ręcznik. Nie zmniejsza to jednak siły doznań. Poza tym tak jak w naszej części swiata masaż to jednak coś intymnego, tak tutaj robi się go wszedzie. Rowniez na ulicy. Przy dużych szklanych witrynach z widokiem na ulicę. Ot taka ciekawostka.
Wieczorem by poprawić sobie humory wyszliśmy na spacer by zobaczyć Khaosan nocą. Faktycznie mocno sie zmienia. Na ulicy pojawiają sie lokalni sprzedawcy, są lampiony, muzyka, ustawiane są stoly, restauracje. Z wozka zjadlam na razie najlepszy posilek tajski Pod Thai Shrimp za 50B, czyli wybrany przez ciebie makaron z zieleninką, przyprawami i krewetkami.

Czekając na swoja porcje

Pod Thai z krewetkami - moja  nowa miłość


Dalej troche podrinkowalismy przed hotelem i pogapiliśmy się na ludzi. Fajnie w tym Bangkoku! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz mile widziany! :)