niedziela, 11 czerwca 2017

Trekking z Kalaw do Inle Lake czyli dramat błotem pisany

Powoli kończymy naszą przygodę w Birmie. Dziś wieczorem wsiadamy w nocny autobus do Mandalay by jutro wieczorem wrócić do Tajlandii. Przez ostatnie 4 dni żyjemy w ciągłym biegu, a jeśli zatrzymujemy się na chwilę - nie ma internetu :-)

Ale po kolei.

Z Bagan wyjechaliśmy w czwartek rano. W minibusie do Kalaw jechała z nami wesoła gromadka Niemców i Francuzów, z którymi szybko zintegrowaliśmy się jeszcze zanim jazda na dobre się zaczęła. Ludzie w podróży to ważny temat. Są tacy, którzy zawsze trzymają się z boku, są tacy, którzy wchodząc do autobusu nie powiedzą nawet 'hello', a są i tacy z którymi aż żal się rozstawać. Ci należeli do tej ostatniej grupy. Ale na Kalaw każdy miał swój własny plan - jedni chcieli najpierw się trochę zaaklimatyzować w samym miasteczku, inni szykowali się na 3-dniowy trekking, inni tak jak my na 2-dniowy.

Kalaw to miasteczko położone wysoko w górach. Główna baza wypadowa wszystkich trekkingów po okolicy, z których większość zmierza w kierunku słynnego jeziora Inle. Trekking fajna, choć zawsze męcząca rzecz. Z racji jednak, że jest to jedna z głównym atrakcji w Myanmar i my o nim myśleliśmy. Zniechęcała jednak pogoda. W Kalaw jest średnio o 10stopni mniej niż w Bagan. Gdy wysiedliśmy z minibusa po 7h jazdy szybko wyciągnęliśmy z plecaków długie rękawy. Już po drodze zaliczyliśmy kilka ulew. Ale jakich! Górska droga, przepiękne widoki, chmury schodząca prosto pod samochód i nagle ściana wody. Dosłownie! Deszcz kończy się tak samo nagle jak zaczyna padać. Chlup i już, koniec. Nasz plecak razem z innymi bagażami jechał na dachu. Oczami wyobraźni już widziałam wszystkie nasze rzeczy mokre, ale lokalesi doświadczeni - wszystkie plecaki owinęli nieprzemakalnym brezentem - plecak dostaliśmy suchuteńki. 

W Kalaw szybko podreptaliśmy do hotelu. Wybierając nocleg zawsze sugerujemy się najbardziej opiniami w Booking.com ...ale chyba przestaniemy. W Mai Sabai Inn przyszło nam non stop szukać obsługi - hotel pusty, recepcja też. Obsługi albo nie ma albo zajęta zamiataniem podjazdu. A potrzebowaliśmy ich dość często. Zaraz po wejściu do pokoju na podłodze przywitał nas zdechły karaluch - to nigdy nie zapowiada niczego dobrego. Potem bawilismy się w myśliwych komarów. Ale gdy podczas brania prysznica chciałam zamknąć małe okienko, a z ramy okna wylazło całe mrowisko i w błyskawicznym tempie rozlazło się po łazience z prędkością światła znalazłam się w recepcji wykrzykując głośno i namolnie "hellloooo???!! helloooo?!!!". Recepcjonistka wcale nie zdziwila się moim lamentem i szybko złapała za flachę raidu na mole. No jaja sobie robi. Nie. nie, my chcemy poków zmieniać, ten raid to da radę tylko na zdechłego karalucha.... Tak. No więc pokój zmieniony, my wykąpani leżymy już w łóżku, a tu nagle po ścianie śmigają dwie jaszczurki. Hue hue... zgasiliśmy światło i poszliśmy spać.

Na trekking ostatecznie zdecydowaliśmy się pójść, bo jakoś nie było innej opcji. Mogliśmy obijać się 2 dni w Kalaw lub Inle lub nawet szybciej wrócić do Mandalay, ale z żadnym z tych planów jakoś nie było nam po drodze. Po szybkim rozpoznaniu w lokalnej ofercie zapisaliśmy się na 2-dniowy trekking na następny dzień u słynnego wujka Sama. To taki ponad 70-letni Birmańczyk, który bodajże założył pierwsze biuro trekkingowe w okolicy.

W piątek rano o 8:00 zwarci i gotowi staliśmy już przed biurem wujka Sama. Byliśmy grupą 5-osobową - my plus 3 Koreańczyków - dwie dziewczyny i chłopak, wszyscy podróżujący samotnie, ale po spotkaniu w Bagan trzymający się razem. Naszym przewodnikiem okazała się drobniutka 24-letnia Namboo z lokalnego plemienia Pa-o o niesamowicie egzotycznym wyglądzie. Wujek Sam wyszedł do nas tuż przed wejściem na przyczepę i wygłosił mowę chwytającą za serca, że poznamy 4 lokalne plemiona z bliska, że mamy wykorzystać przewodnika, który zna lokalne dialekty i nawiązać dialog z lokalesami. Mamy zadawać mnóstwo pytań i świetnie się bawić.

Miodzio. Najpierw na przyczepie przewieziono nas jakieś 20km, czyli to co idzie się pieszo 1-dnia 3-dniowego trekkingu. Potem wysiadka i w pole. Najpierw trasa była bardzo łagodna. Polną, ale równą i szeroką drogą przechodziliśmy przez wioski i pola. Razem z Koreańczykami przy muzie z telefonu odtańcowaliśmy Gangnam Style. Lokalesi bardzo chętnie pozują do zdjęć, uśmiechają się, machają i mówią, że mamy piękną jasną skórę. Po jakiś 2h marszu doszliśmy do rzeczki, przez którą trzeba było przeskoczyć po kamieniach. Ale rzeczka to nie był największy problem. Problemem była stroma błotnista i oczywiście śliska skarpa, po której trzeba było się szybko wspiąć do góry, bo inaczej tyłkiem w rzeczkę. Z sercem na ramieniu i hasanowską pomocą się udało. Koreańczycy w swoich klapkach gorzej, ale ostatecznie wszyscy staliśmy po drugiej stronie wody. Potem był odcinek przez pola. Łagodny. Dopiero co zaczęliśmy wypytywać o jakieś niebezpieczne żyjątka, pająki, krokodyle, 2 metry od nas spłoszyło się stado węży. Niewielkich, ale ponoć jadowitych. To już wystarczyło by pamiętać, że najpierw trzeba spojrzeć na drzewo zanim się człowiek przytrzyma. 

Z górki, pod górkę po jakiś 3h doszliśmy do pierwszej wioski. Tam czekała na nas babcia z zieloną herbatą i lokalnymi chipsami. Kiedy już mieliśmy wyruszać dalej zaczęła się ulewa. Leje, leje i leje. Już niby przestaje i znowu zaczyna. Masakra. Z niepokojem obserwujemy jak nasza w  miarę lajtowa polna droga zmienia się w grząskie błoto. Czekaliśmy ok. 40min i kiedy deszcz trochę osłabł wyjęliśmy swoje folie przeciwdeszczowe i ruszyliśmy w drogę. 

Jak było? Masakrycznie. Przez następne 2 godziny łaziliśmy po śliskich grząskich polach co chwile próbując złapać równowagę. Trochę z górki, trochę pod górkę, niewiadomo co gorsze bo nogi zachowywały się jak na lodowisku. Kiedy deszcz przestawał padać momentalnie robiło się gorąco, a my w tych foliach dosłownie parowaliśmy. Na mój pech jakieś 10minut po zdjęciu folii jak żem nie rąbła schodząc ze skarpy z pola... Cała dupa w błocie :D :D :D plus pół plecaka i doczepiona do niego czapka H. Bomba. Wszyscy wystraszeni czy nic mi się nie stało. Nie... nic... oprocz tego, że godność zmieszana z błotem to lądowanie było super miękkie. Gdy doszliśmy do wiejskiego domu na lunch mialam wszystkiego serdecznie dość. Spodnie przebrałam, ale cała góra pozostawała mokra. Zresztą nie było sensu się przebierać, bo deszcz nie przestawał padać. Było mi zimno, źle i niedobrze, a na myśl, że mamy do przejścia jeszcze prawie 10km tego dnia miałam ochotę wystrzeliwywać racę ratunkową. Po lunchu dano nam jeszcze czas, żebyśmy doszli do siebie. Wszyscy byliśmy tak wymęczeni tą raptem 1/4 drogi, że w moment pospaliśmy.

Niestety trzeba było iść dalej. W skrócie dalej było jeszcze gorzej. Deszcz padał co chwilę, aż do następnego dnia. A my po polach i śliskich wąskich błotnych dróżkach, przeprawialiśmy się przez rzeki, śliskie "mosty" zrobione z trzech bambusów, w końcu przez górską przełęcz. Oprócz H. i przewodnika glebę zaliczyliśmy wszyscy. Najpierw to było smutne, potem tylko śmieszne. Jak dzikie świnie brodziliśmy w błocie. Do tego te dzikie okrzyki Koreańczyków "łoooo!!!, noooo!!!!!" - po prostu boki zrywać. Koreańczyk (aż mi wstyd, bo tak się zaprzyjaźniliśmy, a nawet imion swoich nie znamy) szczęśliwy, że przeszedł boso przez rzekę pozuje do zdjęcia, a jeszcze nie wie, że oblazły go pijawki. Koreanka w sandałach po kolana w błocie, w końcu decyduje się iść na boso. My w naszych butach trekkingowych, po kostki w błocie. Błoto tak się do nas przyczepiało, że chwilami każdy z naszych butów ważył po 5kg, a zmęczenie coraz większe, na koniec nie miałam już siły podnosić stopy do kolejnego kroku. Ślizgaliśmy się na błocie na drodze i na tym przyczepionym do podeszwy. Śmiesznych anegdotek co niemiara - stąpam na coś co wygląda w miarę stabilnie i momentalnie zanurzam się w błocie po kostki - wszyscy krzyczą nooooo! Idę tuż za Hasanem, patrzę, a tu ładna skała, stąpam i w tym samym momencie w którym słyszę głos Hasana "to wygląda jak kamień, ale to kupa bawoła" widzę jak moja stopa zanurza się w lepkim klocku. Itd itd itd... 

Na miejsce noclegu, czyli totalnie odciętej od świata górskiej wioski bez bieżącej wody i prądu trafiamy w opłakanym stanie. Przewodniczka pokazuje nam toaletę wychodek przy polu imbiru i miejsce, gdzie można się w miskach trochę umyć. Proszę o saroongi (tą ich szeroką spódnicę) i idę "prysznic" wziąć. Bez tego chyba przestałabym się już nazywać człowiekiem. Potem opatruję wszystkie pęcherze i odciski na stopach. Reszta rezygnuje z mycia, stawiają tylko na twarze i nogi. A potem robimy wycieczkę do sąsiadów, którzy prowadzą sprzedaż piwka i odpalamy butelki. Kolacja jaką tam jedliśmy była najlepszym jedzeniem jakie jedliśmy w Birmie. Wszystko pyszne, rozmaite i duuuużo. Nie byliśmy w piątkę w stanie wszystkiego zjeść. Pomogałam kobietom nosić do nas na piętro talerze z kuchni więc miałam okazję podejrzeć jak to wszystko wygląda na zapleczu. Gospodyni - stara babulinka - gotowała dla nas wszystko na palenisku na ogniu. Naczynia zmywała w beczce za kuchnią. Do kuchni weszła dziewczyna z 2-letnim niemowlakiem. Pytały o mnie, ile mam lat, bo dla nich tak młodo wyglądam :-) Musiałam opowiedzieć im o córce, o tym ile ma lat. Traktowały mnie jak swoją.

Spaliśmy w sali na piętrze. Na piętrze były tylko dwa duże izby. W jednej - przechodniej spaliśmy my na cienkich materacach, w drugiej gospodarze. Koreańczycy po 3 toastach "Konbee" dosłownie zemdleli i poszli spać. My siedzieliśmy trochę dłużej, no bo jak to tak o 19 iść spać... Ale słońce wyznacza cały rytm życia w birmańskich górach. Zresztą w połowie kraju nie ma prądu, a tam gdzie jest jest niestabilny - co chwilę go wyłączają, każdy hotel ma swój generator prądu, lodówki i klimatyzacje podłączone są do specjalnych stabilizatorów, mających ochronić je przed uszkodzeniami spowodowanymi spadkami napięcia. Tam, w tej górskiej wiosce, o 19 zapadła taka ciemność jakiej w życiu nie widziałam. Jak okiem sięgnął czarno. W oddali widać było tylko co jakiś czas jednostki z latarkami. Widzieliśmy świetliki :-) O 20 zapadła cisza, wszyscy już spali. Zaliczyliśmy ostatnie wyjście do wychodka (nie było mowy, żeby w takiej ciemności włazić do szopki z śmierdzącą dziurą w podłodze - bez wyrzutów sumienia laliśmy na pole), a potem poszliśmy spać.

Tutaj uwielbiają twarde materace. Nawet w kilkugwiazdkowych hotelach łózka są tak twarde, że wstawaliśmy z bólem krzyża. Znacznej różnicy więc nie odczuliśmy po nocy na podłodze. Na śniadanie podano nam naleśniki z owocami. Zresztą przewodniczka obudziła nas o 6, ale sama wraz z babulinką już po 4 krzątały się po kuchni. 

O 7:30 wymarsz. Babulinka dziękowała, że ją odwiedziliśmy i zapraszała ponownie - z naszymi rodzinami, nas z naszą córką. Odpowiedziałam, że pewnie za jakiś czas ona sama przyjedzie tutaj ze swoimi znajomymi. 

Nie skłamię pisząc, że miałam pełne gacie strachu po poprzednim dniu. Ale droga okazała się o wiele łagodniejsza i całe szczęście znacznie mniej śliska. Niebo choć zachmurzone oszczędziło nam deszczu. Padało tylko raz, ale byliśmy akurat na płaskim terenie. Czekały nas tylko dwa trudne odcinki - schodzenie z gór po kamieniach i potem wąskim gliniastym wąwozem również w dół. W zasadzie droga nie byłaby tak trudna gdyby nie stan moich stóp. Miałam już 5 pęcherzy z poprzedniego dnia i z każdym krokiem czułam jak powstają nowe. A droga wciąż nieubłaganie prowadziła w dół więc trzeba było się zapierać. Na końcu przy każdym kropku czułam jakbym stąpała po kawałkach węgla - tak paliło. Droga prosta, nie prosta - tak czy inaczej znowu przeszliśmy jakieś 20km więc do Inle na miejsce lunchu doszliśmy na ostatnich nogach. Kiedy usiadłam do stołu nie miałam nawet siły wstać i podejść 5m do zlewu umyć ręce.

Nogi jak dwa kołki, z trudem przeszliśmy jeszcze 15minut do łodzi, która miała nas zawieźć na drugi brzeg jeziora do Nyaung Shwe. 

Przy tym całym zmęczeniu jakoś zupełnie zapomniałam, że łodziami jakie pływają po jeziorze są płyciutkie kajaki :-) Jak zobaczyliśmy czym mamy płynąć, sama już nie wiem, nie mieliśmy nawet siły się bać :-] wchodzenie na taką łódź to wyższa szkoła jazdy, a tu nogi jak z gliny. Na szczęście daliśmy radę, a taki rejsik był dla nas jak wybawienie. Woda, słońce, potem deszczyk, życie jest piękne!!!

Z wielkim żalem pożegnaliśmy się z naszymi Koreańczykami, a potem ledwo ledwo doszliśmy 1km do hotelu. Jak nas pani w recepcji zobaczyła natychmiast kazała nam siadać i podała herbatę :-))))

Reszta już wkrótce ;-)

Najpierw było tak...



...i tak...
...a potem zaczął padać deszcz...

zielona herbatka nie pomogła :-(

jeden z przystanków

z naszą przewodniczką Namboo z plemienia Pa-O

tutaj jeszcze nie wiemy co nas czeka


puszczanie baniek z łodygi - też można

to już drugiego dnia podczas zejścia z gór

ostatnia prosta przez jezioro

w takim stanie były moje skarpetki

takie widoki mijaliśmy po drodze

dzieci zbiegały się na nasz widok albo stały wmurowane ze zdziwienia. dawaliśmy im słodycze

nasza kolacja w miejscu noclegu

odpoczynekk na trasie

tak wyglądały nasze buty po pierwszym czyszczeniu

tak spaliśmy :-)



2 komentarze:

  1. Czytam z zapartym tchem. Jednoczesnie - jezdze palcem po mapie, za wami. Dzieki wielkie za swietne relacje z podrozy!

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz mile widziany! :)