wtorek, 8 października 2013

Wieści z granicy

Dzisiejszy dzień minął nam na pokonywaniu długiej trasy z Siem Reap w Kambodży do Bangkoku. Jest to więc dobra okazja by podsumować Kambodżę. Oczywiście spędziliśmy w tym kraju bardzo niewiele czasu, starczyło nam to jednak by wyrobić sobie pewną opinię. Kambodża jest ... super :))) To takie jeszcze niezepsute turystyką miejsce na Ziemi. Ludzie są niezwykle mili i sprawiają że biały turysta za niecałe 30 dolców dziennie czuje się jak król.
W skali uprzejmości biją na głowę Tajów i Malezyjczyków, choć ci ostatni nie są tacy źli. Wczoraj wieczorem po raz któryś z kolei chcieliśmy uregulować rachunek za pobyt w hotelu. Czuliśmy się wręcz niezręcznie prosząc o kolejnego drinka który miał być dopisany do naszego rachunku. Po kilku minutach naciskania z naszej strony recepcjonista przyjął od nas kartę. Choć najpierw trząsł się z przerażenia informując nas, że za płatność kartą hotel pobiera opłatę w wysokości 2 dolarów :] Niestety czytnik kart nie zadziałał. To trochę nam skomplikowało sytuację bo nie chcieliśmy wymieniać kolejnej sumy pieniędzy tuż przed wyjazdem do Tajlandii. Dziś rano jeszcze przed śniadaniem Hasan poszedł zapłacić za pobyt. A recepcjonista znów zaczyna swoją gatkę, że po co się tak spieszymy, lepiej przyjść po śniadaniu! No niemożliwi są! W podziękowaniu za wszelką pomoc w zorganizowaniu nam wycieczki na Tonle Sap, tuktuka do Angkor i transportu do BKK postanowiliśmy obdarować naszą ulubioną recepcjonistkę resztą kambodżańskich rieli, które nam zostały. Suma w zaokrągleniu wynosiła 10$. Dziewczę tak się zawstydziło i ucieszyło jednocześnie, ze nie wiedziała w tej radości czy całować czy tulić czy rękę podawać :) Pożegnaliśmy się i już mamy wsiadać do pickupu do autobusu a ona leci jeszcze do nas z podziękowaniami za pobyt i dwoma kambodżańskimi szalami w prezencie :) Jeżeli kiedykolwiek wrócimy do Siem Reap znamy już nasz adres - hotel Evergreen jest po prostu zajebisty :D W tak dobrych humorach i z grupką japońskich dziewczyn w klapkach w króliczki wsiedliśmy na transport do autobusu. Ten okazał się VIPem na miarę kambodżańską, ale po szybkim ustaleniu warunków rozkładania fotela z Japończykiem siedzącym przede mną, nie było tak źle. Zdążyliśmy jednak ujechać może z 3km gdy zaczęła się WODA. Woda wszędzie. Nie tylko już  na polach, ale też na ulicach, na chodnikach, na pasach zieleni pomiędzy pasami, na podwórkach i stacjach benzynowych. Najpierw był luzik, droga owszem zalana ale woda nie przekraczająca kostki u stóp lokalesów. Z każdym kilometrem robiło się jednak coraz głębiej, aż obserwowani przez nas przez okno lokalesi brnęli w wodzie po pas. No w sumie nieźle się to oglądało z wysokiego autobusu, dopóki uświadomiliśmy sobie ze owszem my jesteśmy wysoko, ale nasz plecak w bagażniku wręcz przeciwnie :]]]] Szybko oszacowaliśmy straty i stwierdziliśmy, że oprócz ostatnich czystych ubrań, kosmetyków, szczoteczek do zębów i ładowarek nie ma tam nic cennego. Skupiliśmy się więc na podziwianiu powodziowego krajobrazu. Muszę jednak przyznać, że dla nas białasów widoki były przerażające (czasem nie widać było w ogóle drogi, autobus wjeżdżał w środek bezowego bajora), ale lokalesi się tą wodą zupełnie nie przejmują. Wjeżdżają swoimi autami w taką wysoką wodę. Ba, skuterkami i rowerami też! Co więcej zalane pola traktują jak  dodatkowy teren łowiecki. Tuż przy drodze ustawiają się chłopki z wędkami, obok dzieci pluskają się w błocie. Ku naszej zgrozie widzieliśmy też pływających w tej wodzie ludzi. Częstym widokiem są też całe grupy lokalesów brnących po pas, a nawet głębiej w zatopionych polach. Ewidentnie coś łowią/zbierają, ale co Budda raczy wiedzieć. Tak też dotarliśmy do granicy granicy kambodżańsko-tajskiej w Poipet. Śmieszna ta granica jak nie wiem co. Jest sobie normalne miasteczko Poipet. Jest pełno sklepów i ulicznych sprzedawców z wózkami. Jest sobie rondo, na którym kręci się mnóstwo ludzi zajętych swoimi sprawami. A zaraz za rondem, niemal na chodniku wyrasta kontrola paszportowa i kończy się Kambodża. Kmerowie do kontroli podchodzą niezwykle poważnie. Oprócz standardowego skanowania paszportu robią na miejscu każdemu zdjęcie i pobierają odciski wszystkich palców. Na jednym z przystanków odkryliśmy, że w naszym autobusie jedzie z nami turecka rodzina - rodzice z synem i jego chiśską dziewczyną. Chłopak mieszka w Hongkongu na tureckim paszporcie, jego rodzice mają bułgarskie pochodzenie i podwójne obywatelstwo. Nie wiem czym się kierując zabrali w podróż tylko bułgarskie paszporty i niefrasobliwie nie sprawdzili warunków wizowych, które ich obowiązują. Już przy kambodżańskiej kontroli paszportowej dowiedzieli sie, ze do Tajlandii potrzebują wizę. Ich kontrola tak długo trwała, ze w końcu nie wiemy co się z nimi stało, bo my już zdążyliśmy pokonać granice a za nią byliśmy rozdzielani do minivanów do poszczególnych miast. Po opuszczeniu Kambodży idzie się dalej zwykłą ulicą, na której jest pełno sklepów, ale pojawiają się też uliczni sprzedawcy, którzy zamiast szaszłyków, ananasów i mango sprzedają na wózkach alkohole, papierosy i perfumy - tak, lokalna strefa bezcłowa na miarę kambodżańską :D W końcu wielka kolorowa brama oznajmia zbliżenie się do Tajlandii. Tutaj już wszystko wygląda bardziej profesjonalnie, jest budynek i stanowiska kontroli. Po kontroli paszportowej trzeba podejść do kolejnego odrębnego punktu kontroli przemytu narkotyków i innych ''dóbr zakazanych''. Na rentgen naszego plecaka nawet nie spojrzano. To też dłużej nie zwlekając zabraliśmy nasze manatki i ruszyliśmy do minibusa. Tu nam się przypomniało, że cholerka nasze kapelusze zostały w poprzednim autobusie. Mówimy o tym opiekującemu się nami Tajowi, a on na to nam odpala, że trzeba było słuchać jak mówił, ze "the same bus" będzie tylko do granicy. Nosz kurde, ma rację, ale uprzejmością nie grzeszy. Hasana trafia szlag, bo po ultramiłych Kmerach zderzenie z obcesowością Tajów jest bolesne. Co więcej chłopek ten ledwo berboli po angielsku, ale uważa nas za przygłupów. Postanawiamy się nie denerwować na wakacjach i odpuszczamy choć adrenalina nam niebezpiecznie wzrasta. Po niecałej godzinie czekania pakują nas do minibusa. Wsiada inny chłopek, który mówi, że tu niedaleko jest głęboka woda i będziemy musieli 100m przejść pieszo by nie obciążać za mocno busu. Przerażeni kiwamy głowami choć podświadomość bezskutecznie stara się znaleźć sens w tej nowinie. Faktycznie po ok. 5km jedziemy przez głęboką wodę, ale nie głębszą niż w Kambodży i nikt nie prosi nas o wyjście z auta. My tez nie nalegamy :) Tak tez po całym dniu jazdy docieramy do Bangkoku. Zmęczeni idziemy od razu na Khaosan Rd. by poszukać jakiegoś noclegu. Przeznaczenie prowadzi nas do tego samego hotelu, w którym zatrzymaliśmy się na samym początku naszej podróży. Idąc dalej sentymentalnym szlakiem po BKK odwiedzamy ten sam salon masażu, w którym miałam najlepszy masaż tajski. No i to był błąd. Trafiłam na beznadziejną Tajkę, która masuje mnie od niechcenia i nawet 2 razy odbiera telefon nie przerywając masażu. Normalnie aż mam ochotę wyjść w połowie (i teraz żałuję, że tego nie zrobiłam). Jutro o 13:50 lecimy na północ Tajlandii. Tamtejsze masaże na pewno też wypróbujemy, a nawet w wersji ekstremalnej - już niedługo relacja! ;)

Zalane pola tuż przy głównej drodze

Lokalni często budują domy na palach - kolejny dowód na to, że nie ma co panikować ;)


To też zalane pola :]

Życie w miastach płynie dalej



Smakołyki odnalezione podczas przerwy na siusiu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz mile widziany! :)